17 marca 2011 r. strażacy odebrali zgłoszenie: trzeba ratować człowieka. Ruszyli na sygnale. Do rannego jednak nie dotarli – samochód, którym jechali, zderzył się czołowo z TIR-em, którego kierowca zlekceważył pojazd uprzywilejowany. Koledzy próbowali wyciągnąć go ze zniszczonej kabiny… Sławomir Wilczyński obudził się w szpitalu. Bez nóg. Pierwszy raz w dorosłym życiu płakał.

„Jezu, jak ja się cieszyłem. Jak ja chciałem chodzić do tej pracy. Nawet gdy na wczasach byłem, to pod koniec już za pracą tęskniłem. Gdybym mógł, to bym wrócił”* – mówił.

Po wypadku odwiedził go człowiek, którego kilka lat wcześniej ratował z katastrofy śmigłowca. Przeżył, lecz stracił nogę. Przyszedł i dał nadzieję: da się z tym żyć. I miał rację.

Sławek dalej czuje się strażakiem. Uważa, że musi oddać dobro, którego doświadczył od ludzi po swoim wypadku. Wspiera osoby po amputacjach, po urazach kręgosłupa. Pomaga szkolić ratowników, którzy jeżdżą na misje zagraniczne. Gra w koszykówkę na wózku inwalidzkim, biega na specjalnych protezach, daje nadzieję tym, którzy jeszcze nie wierzą, że życie z niepełnosprawnością może być życiem na 100%, a może nawet i więcej.

Olek i Karolina, jego dzieci, mówią zgodnie, że są dumne z taty. – Bo jest z nami. Nie załamał się.

 

* Cytat pochodzi z albumu „Dorosnąć do śmierci” autorstwa Magdaleny i Maksymiliana Rigamonti.

Olek ma dziś 15 lat, Karolinka – 12. Opiekujemy się nimi od 2013 r.