Reportaż Cezarego Łazarewicza, pochodzący z naszej nowej książki “Śmierć warta zachodu” ukazał się na portalu wp.magazyn.pl 

Zapraszamy do zakupu książki TUTAJ

Każdy zakupiony egzemplarz, to wsparcie dla naszych Podopiecznych, dzieci bohaterów. Ich rodzice zginęli na służbie. Poniżej fragment reportażu:

POZDROWIENIA Z MORZA

Piasek jest żółty, woda błękitna, niebo turkusowe. Stoją boso na brzegu, fale obmywają im stopy. On ma przewieszony przez ramię czerwony plecak, ona – czarne okulary i zawieszony na szyi aparat fotograficzny. Przed nimi dziewczynka z warkoczem, trzymająca w ręce sandały. To ich ośmioletnia córka Małgosia. Brakuje czternastoletniego Mateusza, który jest na obozie żeglarskim.

Ona ma na imię Mirela. On – Marek, i jest tu najważniejszy, bo to jego ostatnie zdjęcie. Ma na nim przyklejony do twarzy lekko drwiący, szyderczy uśmieszek, taki sam jak na nagrobku w Mokrzeszowie.

W niedzielę dziewiętnastego lipca 2015 roku wysyła zdjęcie na telefon przyjacielowi z pracy i podpisuje je: “Pozdrowienia z morza”.

– Na tę dziwną pomyłkę zwracam uwagę dopiero później i aż skóra mi cierpnie – mówi dziś Jacek Jedyńczuk.


Marek Dziakowicz ma wtedy 39 lat. Czterdziestych urodzin w grudniu już nie doczeka. Pochodzi z Mokrzeszowa, wsi leżącej między Wałbrzychem a Świdnicą. Jest wychuchanym, ostatnim dzieckiem w rodzinie.

– Ja wyprowadzam się z domu, gdy on ma cztery lata, a jest jeszcze dwóch starszych braci Stanisław i Ryszard i siostra Elżbieta – wspomina Roman, szesnaście lat starszy od Marka.

Gdy więc Marek kończy zawodówkę i technikum mechaniczne dla pracujących w Świebodzicach, Roman patrzy już na to z oddali. A gdy trafia w Kłodzku do Straży Granicznej, namawia go, by został tam na stałe.

– Nie chciał, bo coś mu tam nie pasowało – mówi Roman.

Wrócił do domu, pracował w lokalnej fabryce w Świebodzicach, gdy po sąsiedzku obok rodziców dom kupili Sancikowie. Poznał wtedy ich córkę Mirelę. Po ślubie teść, emerytowany policjant, namówił go do pracy w policji.

Ma 25 pięć lat, gdy w maju 2001 roku zostaje kursantem sekcji prewencji Pierwszego Komisariatu Policji w Wałbrzychu przy ulicy Wrocławskiej 69. Sympatyczny, komunikatywny, jak czegoś nie wie, to pyta.

Tak zapamiętał go z tych początków kilka lat starszy Jacek Jedyńczuk, pracujący wtedy w patrolówce. Parę razy mają wspólne służby, czyli biegają za narkomanami, złodziejami, łagodzą domowe awantury i bijatyki. Raczej mijają się w pracy, niż blisko współpracują. Trafiają na siebie kilka lat później, gdy Jedyńczuk zostaje dzielnicowym.

Pokoje dzielnicowych z Lubiechowa, ze Szczawienka, ze Starego i z Nowego Julianowa są na parterze. Obaj przydzieleni zostają do Piaskowej Góry – największego wałbrzyskiego blokowiska. Dostają gabinet numer osiem, naprzeciwko dyżurki.

Dwa wielkie okna, z których widać osiedlowe garaże, i wspólna szafa pancerna. Sami później wyremontują ten gabinet, kupią rolety, biurka i komputery. Przez następne lata siedzą biurko w biurko, bokiem do drzwi, naprzeciwko siebie.

Poranna zmiana zaczyna się o szóstej. Odprawa z naczelnikami, wyznaczanie zadań do wykonania, dyslokacja służby, jakieś dodatkowe wytyczne. Potem godzina, półtorej pracy za biurkiem: czytanie listów, odpisywanie na nie, wypełnianie formularzy, raportowanie. On tej pracy nie lubi, lepiej czuje się w terenie.

– Bo dzielnicowy to facet, który chodzi do ludzi, puka do mieszkań, pyta, w czym może pomóc, rozwiązuje problemy, przynosi dobre i złe wiadomości – mówi Jedyńczuk.

A że mają rejony obok siebie, to ciągle są razem. Razem roznoszą listy z prokuratur i sądów, patrolują ulice, chodzą na zatrzymania i przekazują informacje o samobójstwach i śmierciach w wypadkach.

On uważał, że ma zrobić swoje: zatrzymać i dopilnować, by nic się złego nie stało. Zawsze grzeczny, uśmiechnięty, uczynny. Rzadko podnosił głos. By go zezłościć, trzeba go było czołgiem najechać. Jego zdaniem od wymierzania kar jest prokurator i sąd, a nie policjant.

Jest więc lubiany w dzielnicy i budzi szacunek. I nie zamykają mu się usta. Ciągle gada.

– I zawsze mamy jakiś temat do rozmowy: wycieczki w góry, motory, rodzina, wakacje. Świetnie się dogadujemy, więc prosimy przełożonych, żeby nam tak układali grafik, byśmy mogli razem pracować – mówi Jedyńczuk. – Razem jeździmy do pracy i razem wracamy, a w weekendy spotykamy się całymi rodzinami. Wycieczki, grille, urodziny, imieniny, wspólne wyjazdy. I tak minęło nam osiem lat.

Tylko ostatniego spotkania nie może sobie przypomnieć.


Pamięta je Dariusz Kubiszewski, emerytowany policjant z 25-letnim stażem. Gdy Marek zaczynał służbę jako posterunkowy w komisariacie przy Wrocławskiej, Kubiszewski był już doświadczonym dochodzeniowcem.

Z młodszym kolegą często wracał z pracy jego samochodem. Podwoził go do Świebodzic, a potem jechał jeszcze dwa kilometry do domu w Mokrzeszowie. Kubiszewski był tym, który uczulał młodych, przychodzących do służby policjantów, żeby bardzo na siebie uważali.

“Mundur nie daje wam gwarancji nieśmiertelności” – tłumaczył. “Nigdy nie możecie przewidzieć, co siedzi w głowie zatrzymywanego. Jak idziecie do akcji we dwójkę, to we dwójkę musicie wrócić”.

– I Marek świetnie to rozumiał – mówi Kubiszewski. – Zdawał sobie sprawę z zagrożeń i nie szarżował.

Pamięta, że gdy kilka lat temu zostali wezwani do domowej awantury przez kobietę, nad którą znęcał się mąż, Marek wykazał się wielkim opanowaniem i odwagą. Zanim mężczyzna zatrzasnął im drzwi przed nosem, Kubiszewski zdążył wsunąć za próg nogę.

 

Wtedy napastnik zaczął walić i dociskać drzwi, by tę nogę mu zmiażdżyć. Marek wsunął rękę przez szparę w drzwiach, złapał go za krocze i obezwładnił.

– Nie było w tym żadnych nerwów, był spokój i rozwaga – mówi Kubiszewski. – Gdy cię coś takiego spotka, masz już pewność, że na tego drugiego zawsze możesz liczyć.

Ostatni raz widzą się w piątek siedemnastego lipca 2015 roku, około szesnastej. Marek po służbie wsiada na motor zaparkowany na dziedzińcu komisariatu i wyjeżdżając przez tunel, zatrzymuje się na moment przed dyżurką oficera, w której Kubiszewski pełni tego dnia służbę.

– Uśmiecha się tym swoim drwiącym uśmieszkiem i mówi: “Skubi, spotkamy się po moim urlopie na rodzinnym grillu”. Machamy sobie na pożegnanie i znika na zakręcie.

Tak zapamiętał to Dariusz Kubiszewski.


Dwa tygodnie przez wakacjami otworzył atlas samochodowy, przejechał palcem po mapie i zatrzymał go nad polskim Bałtykiem – między Koszalinem a Kołobrzegiem…….