Otwierasz drzwi, widzisz dowódcę i już wiesz… Czasem życie zmienia ten jeden dzwonek do drzwi – to doświadczenie wszystkich dzieci, którymi się opiekujemy.
Poznaj ich historie.



[wds id=”9″]

Obejrzyj
historie naszych podopiecznych. Dzieci Bohaterów czekają na Twoją pomoc.




I teraz tata nie ma nóg Olek, 13 lat: Kiedyś chciałem być strażakiem, ale się zraziłem. Po tym wypadku taty się zraziłem. Tata jechał ratować jakiegoś człowieka, a inny w niego walnął. I teraz tata nie ma nóg. Ale nie widać, że nie ma. Jak jest w długich spodniach, to w ogóle nic nie widać. Normalnie chodzi, jeździ na rowerze, z bieganiem trudniej, ale jak kiedyś Karolinka wsiadła na traktorek do koszenia trawy, nacisnęła gaz i pojechała, to biegł. Tak szybko, że chyba bym go nie przegonił.

Sławek, 36 lat: Nie wiedziałem, że bez tych nóg tak szybko umiem biegać.

Kasia, 35 lat: Tuż przed wypadkiem kupił motor. Awantura była straszna. Mówiłam: „Traktorek do koszenia trawy byś sobie kupił, a nie motorˮ. Wyszło na moje. Po tym wszystkim zamienił motor na traktorek. Na szczęście, bo na tym motorze to jeszcze by się zabił.

Karolina, 9 lat: Tata normalnie chodzi. Tylko trochę szkoda, że w kościele nie uklęknie.

17 marca 2011 roku pod Wrocławiem samochód ciężarowy uderzył w jadący na sygnale wóz strażacki. Kierujący wozem strażak Sławomir Wilczyński został ciężko ranny. W szpitalu amputowano mu nogi.

Olek: Wracałem wtedy z dziadkiem ze szkoły. Mieliśmy zajechać do księgarni, bo mi się skończyły naboje do pióra. Zadzwonił telefon i usłyszałem, jak dziadek mówi: „Sławek miał wypadek?ˮ. Dziadek chyba zapomniał, że ja z tyłu siedzę.

Kasia: To był mój ojciec. Olek nam nie powiedział, że wie. W sobie nosił. Nie, nie płakał.

Olek: Byliśmy ze trzy tygodnie u dziadków. Potem mama powiedziała mi o wypadku. Ale Karolinie nie. Ona była mała, miała cztery lata, ja już osiem.

Karolina: Ja nic nie pamiętam.

Kasia: Byłam wtedy w pracy. Zadzwonił kolega męża z jednostki i spytał, co u Sławka. Głupie takie dowcipy, przecież Sławek ma dziś służbę, to on powinien wiedzieć, co u Sławka. A on, że podobno był wypadek, jakaś stłuczka czy coś, nogę złamał chyba. Nogę złamał? No, jeszcze mi nogi złamanej brakowało. Wtedy już w serwisach w internecie było o wypadku wozu strażackiego, ale ja tego dnia nie zaglądałam do internetu. Zapytałam, do którego szpitala go zabrali, bo chciałam jechać i go do domu przewieźć z tym gipsem. W szpitalu jeszcze z godzinę wierzyłam, że o złamaną nogę chodzi. Tym bardziej że kiedy go zobaczyłam, to te nogi leżały jeszcze z nim, jeszcze był ubrany, uśmiech miał nawet na twarzy. Dali mi jego portfel i obrączkę. Potem lekarz mnie wezwał, ale jakoś tak delikatnie powiedział: „Nogi są zmiażdżoneˮ, że wrażenia to na mnie nie zrobiło. Krwawienie do brzucha trochę bardziej. Ale nie zdawałam sobie ze wszystkiego sprawy. Mój ojciec zadzwonił do swojej kuzynki, która jest pielęgniarką w tym szpitalu. Była akurat na dyżurze. Poszła rozmawiać z doktorem. Wsunęłam się za nią do gabinetu, nie zauważyła mnie. Lekarz też nie, bo nie podniósł głowy znad monitora, tylko mówił: „Co mam ci powiedzieć, jak tyle lat pracuję, to jeszcze czegoś takiego nie widziałemˮ. Osunęłam się. Potem nie wiem, czy się modliłam, czy co. Przez miesiąc dzieciom nie powiedziałam. Nie wiedziałam jak. Że tata nóg nie ma czy jak? Moja siostra, która jest pedagogiem, trochę Olka do tego przygotowywała. Ja chodziłam z nim do psychologa, ale przestałam, bo któregoś dnia powiedział: „Mamo, męczą mnie te wizytyˮ. Nie chciał komuś obcemu się wyżalać. On już wtedy wiedział, że śmierć istnieje.

Sławek: Zabierałem go czasem do pracy. Wiedział, że są wypadki, że ludzie umierają. Zresztą w domu też o tym opowiadałem. Dzieci słyszały. Nie wszystko, nie żadne drastyczne historie, ale słyszały. Najbardziej się brało do siebie, kiedy jakieś dziecko było poszkodowane w wypadku, a już jak ginęło, to trudno było wytrzymać. Sam mam dzieci przecież, prawie wszyscy mamy dzieci. Niby nie chciałem tego przynosić do domu, obciążać, ale i tak kiedy przychodziłem, to opowiadałem. Zresztą i w pracy zaraz po zdarzeniu rozmawialiśmy o tym, co się stało. Trzeba to było zrzucić z siebie, uwolnić się od tych myśli. Wie pani, jak jest duży wypadek, jak ludzie giną, to zaraz media się interesują, informują, to i żona wie. Zawsze dzwoniła, pytała, co się stało, czy ze mną wszystko w porządku. Chyba się o mnie nie bała. Byłem kierowcą, to myślała, że jestem bezpieczny, zresztą ja też tak myślałem. Choć chyba tyle się naoglądałem, taką miałem styczność z tymi wypadkami, taki byłem z tym obyty, że wiedziałem, że każdemu może się przydarzyć. Każdemu. Ludzie myślą, że nic im nie grozi, że nic się nie może stać, że tylko inni są ranni, umierają, a oni są ze stali, z żelaza, że nic się stać nie może. A ja widziałem, że może, że ciała się rozrywają, pękają, że nic z nas nie zostaje. Jedziesz, ktoś na ciebie wjeżdża i koniec. Nie ma człowieka. Jak zdmuchnąć. Albo jak u mnie – nóg nie ma.

Pożary zdarzają się sporadycznie. Piromanów w okolicy Kątów Wrocławskich prawie nie ma. Nikt specjalnie nie podpala. Nie że się w ogóle nie pali. Pali się, ale rzadko. Większość zdarzeń to wypadki. Po cztery, pięć podczas jednej 24-godzinnej strażackiej służby. Często bardzo poważne. Tu zaraz jest autostrada do Warszawy, tam droga do Czech, jeszcze różne mniejsze drogi. Strażacy przy wypadku są z reguły pierwsi, udzielają pomocy przedmedycznej, a potem dowodzą całą akcją na drodze.

Sławek: Nie da się znieczulić na ludzką tragedię. Po ciężkich wypadkach psycholog do nas przyjeżdżał. Rozmawialiśmy po prostu, raz to z sześć godzin. To było po tym, jak zgasiliśmy palące się samochody i pięć osób, pięć zwęglonych ciał było w środku. Trzeba było wyciągać. W częściach, po kawałku. Plastiki się wtopiły w te ciała, w te kości powłaziły, piszczele sterczące. Na szczęście dzieci nie było. Na szczęście, bo nie wiem, jak bym to zniósł. Kiedy się pracuje, to się nie myśli, automat się włącza, dopiero później ciężko na duszy. Do tej pory to we mnie siedzi, pamiętam wszystko. Zresztą to się wydarzyło kilometr od miejsca, gdzie później miałem wypadek. Jak się takie rzeczy widzi, jak się to robi, to nie można tak od razu wrócić do normalności, do domu, do rodziny, usiąść przy stole, zjeść obiad, pogadać z dzieciakami. No, nie można. W sumie gdy jeżdżę po tych drogach, to tylko patrzę, że o, tu był śmiertelny, tu piątka ciężko rannych, tam coś znowu. Dziesiątki różnych tragedii. Pamięta się je i tyle.

Kasia: Nie brałam pod uwagę, że w naszej rodzinie może stać się coś złego.

Sławek: Ja brałem. Moi koledzy też.

Kasia: Oni widzieli śmierć. Sławek umierał. W szpitalu lekarze i pielęgniarki też nie dawali mu szans.

Sławek: Nie pamiętam żadnego bólu. Do mózgu jeszcze impuls nie doszedł. Myśl tylko miałem, że już po mnie, że umieram, że rodzinę zostawiam, że dzieci, że żona, że dom, kredyt, że sami będą, beze mnie. Nie wiem, czy łzy mi leciały. Leżałem w samochodzie i chyba umierałem.

17 marca 2011 roku Sławek Wilczyński był w pracy o 7.30. Przejęcie służby, śniadanie, kawa, a zaraz potem miało być szkolenie. Zawsze do 15, bo jak się nic nie dzieje, to trzeba się szkolić. Ale zapaliły się światła, że jest wezwanie. Jak się słyszy na radiu, że ktoś umiera albo się dusi, to noga na gaz sama naciska. I się pędzi.

Sławek: Nie była pani nigdy w straży?

Nie byłam. Teraz już wiem, że jak się zapala jedynka, to znaczy, że pierwszy wyjazdowy samochód mercedes ma jechać, jak dwójka, to mann, a jak trójka, to taki stary jelcz gaśniczy. Wtedy zapaliła się trójka i strażacy nawet się ucieszyli, że tym jelczem będą jechać, że go trochę przegonią. Nie jechali przecież ani do pożaru, ani do wypadku, tylko do mężczyzny, który zasłabł. Potem się okazało, że przedawkował alkohol, wymiotował krwią i trzeba było mu udzielić pierwszej pomocy. Pogotowie nie mogło, bo miało jakieś poważniejsze przypadki. Często się tak zdarza. Na każde zdarzenie straż wyjeżdża na sygnale, nawet do pszczół albo szerszeni. I nie bierze za to pieniędzy.
Wtedy pojechali we trzech. Arnold – dowódca, Marek – ratownik i Sławek – kierowca. Mijali busa. Zza niego wychylił się wielki tir i czołowo walnął w wóz strażacki. Nie było czasu ani nogi na hamulec postawić, ani skręcić, nic. Tir wiózł bramy wjazdowe do garaży. Pospadały. Winny: kierowca tira. Rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat… do marca 2016 roku. Oglądam powypadkowe zdjęcia jelcza. Kabina od strony kierowcy zmiażdżona. O metr wszystko przesunięte. Miejsca, gdzie siedział Sławek, nie ma. Wszystko zgniecione, zmielone, powyrywane.

Sławek: Powiem pani coś dziwnego. Po kilku tygodniach od wypadku Arnold pojechał do sanatorium na rekonwalescencję, do Cieplic koło Jeleniej Góry. W recepcji usłyszał, że będzie miał współlokatora. I co? I tym facetem okazał się, no, niech pani zgadnie… Tak, ten, przez którego nóg nie mam, przez którego Arnold wypadł przez przednią szybę, miał wstrząs mózgu i ścięgna w kolanie porozrywane. Wywalił jego szpargały i kazał się wynosić. Tamten posłuchał.

Kasia: Kiedy Sławek się wybudził ze śpiączki, to nie mógł mówić, bo miał dziurę w szyi po tracheotomii. Pisać próbował.

Sławek: „Jak jelcz?” – napisałem. Nie mogła rozczytać.

Kasia: Na szczęście nie mogłam, bobym się wściekła, że o jelcza pyta, a nie o mnie, o dzieci…

Sławek: Zaklejali mi tę dziurę po tracheotomii plastrem, ale gdy próbowałem mówić, to ten plaster się odklejał i furczałem. Dzwoniłem do chłopaków, usłyszałem ich głos i od razu płakałem, oni mój furkot i też w płacz. Żonie napisałem: „Jak chłopaki?”.

Kasia: Też nie mogłam rozczytać.

Na samochodzie nie było żadnego sprzętu hydraulicznego, nie mieli go jak wyciągnąć ze zmiażdżonego auta. Nie było jak się do rannego dostać. Cały w blachach. Nigdzie jednak krwi nie było. Arnold myślał, że te wszystkie blachy są wbite w brzuch i że jak zaczną rozciągać, to Sławek się wykrwawi. Przedarł się do niego. Włożył rękę pod bluzę, żeby sprawdzić, czy brzuch cały. Cały. Zatrzymał się facet przewożący ciężarówką drzewo. Miał specjalne pasy i zaczął rozciągać jelcza. Arnold Sławka na rękach wyniósł. Nogi latały. Jedna to była już całkowicie ucięta, ale w bucie siedziała. Buty strażackie są wysokie, usztywniane, skórzane, dobrze nogę trzymają.

Sławek: Zaraz pani pokażę. Mam w domu. Nie te z wypadku, tamte spalili koledzy. Zresztą cały mundur poharatany, w krwi był, to spalili. Mundur też mam nowy. Leży, czeka. Może nałożę. Zobaczy pani, jak się w tym wygląda. No pewnie, że tęsknię za nimi, za tą robotą. W dzieciństwie marzyłem, żeby być strażakiem. Później, jak dorosłem, to przestałem. Nie, raczej nie wierzyłem, że mi się uda dostać do straży. Żona mówiła: „Może byś spróbował, ty jesteś dobry, ty się nadajesz, lubisz pomagać”. A gdzie ja do straży. „Spróbuj”, mówiła. Spróbowałem, wszystkie testy psychologiczne przeszedłem, sprawny fizycznie zawsze byłem. I, Jezu, jak ja się cieszyłem. Jak ja chciałem chodzić do tej pracy. Nawet jak na wczasach byłem, to pod koniec już za pracą tęskniłem, już mnie gnało. I do ludzi, i do tego, żeby działać. Jak się z ludźmi na zmiany pracuje, po 24 godziny razem, to się zżywa człowiek, zaprzyjaźnia, rodzina druga się robi. A kumplowaliśmy się tak, że i po służbie się spotykaliśmy, z rodzinami, z dziećmi. Kiedy zaczynałem, byłem najmłodszy, 24 lata miałem. Ganiali mnie trochę, porządek musiał być. Olek, synek, miał pół roku, jak mnie do szkoły pożarniczej wysłali. Wie pani, czułem, że ważną robotę wykonuję, że mundur zobowiązuje. Gdybym mógł, tobym wrócił. Nawet z tymi obrzynami… Kawę pani słodzi? Ja nie słodzę i myślę, że nikt nie słodzi. Bardzo dobrą robię. Pani mnie pyta o dzieci. Są najważniejsze na świecie. Mądre. Nigdy z nimi nie mieliśmy problemów. Odpowiedzialne. Nie wiem, czy ten wypadek miał na to wpływ. Nie sądzę. Same radości z nimi raczej. Karolinka miała niewiele ponad dwa lata, jak poszła do przedszkola. I od razu została kierowniczką, rządziła. Na Olka mówię prezes, bo on zawsze ma czas, spokojny, ale zdolny, piekielnie inteligentny.

Karolina jest w piątej klasie podstawówki, średnia ocen 5,35. Olek dostał się do najlepszego gimnazjum we Wrocławiu. Akademickie, przy Politechnice Wrocławskiej. W klasie sami utalentowani matematycznie. Olek jest też świetny z historii, angielskiego i niemieckiego. Średnia ocen 5,6. Przystojny chłopak. Na początku trochę zawstydzony. Pokazuje mi swój pokój. Przygotowuje zadania z chemii. Trudne, okropnie trudne.

Olek: Lubię to. Z chemii dużo, z fizyki też. Trudne. Ale jak umiem zrobić, jak zrozumiem, to się cieszę. Lubię się uczyć, to znaczy to jest po prostu dość przyjemne. Historię i języki lubię, a matematykę, fizykę, chemię to… też lubię. Tu, w tej klasie, wszyscy lubią.

Karolina pokazuje mi projekt, który przygotowuje na zajęcia z niemieckiego. Przyznaje, że czasem Olek pomaga jej z matematyki, bo jest w tym bardzo dobry. Mówię im, że będę o nich pisać, o ich tacie i mamie.

Karolina: A pani to tak nie nudzi takie pisanie? Bo ja lektur nie lubię. To chyba nie będzie lektura? Jak nie lektura, to przeczytam. Tata mnie wozi na konie. Ostatnio się spłoszyły, bo ludzie na rowerach za blisko przejechali.

Sławek: Karolkę wożę do szkoły, ze szkoły, na zajęcia. Niby nic, a 50 km dziennie się zbierze. Pamiętam, jak dzieci przyszły pierwszy raz do szpitala. Miałem leżeć pod kołdrą, ale z emocji się odkryłem, chciałem wstawać. Zobaczyły te kikuty. Olek wokół mnie chodził, pytał, czy dać mi pić, czy przykryć, czy coś pomóc, podać.

Olek: Tatę zobaczyłem chyba po miesiącu. Nie miał stóp. Coś miał dziwnego przymocowane do nogi. Rękę w gipsie. W drugiej ręce piłkę ściskał.

Kasia: Olek stanął przy łóżku i poważnym głosem powiedział: „Wiesz co, tato, mi się okres dojrzewania przyspieszył przez ten twój wypadek”. Wbiło nas w ziemię. Zawsze był poważny. Zawsze mówił jak dorosły, ale wtedy takich słów się nie spodziewaliśmy od ośmiolatka. On się poczuł odpowiedzialny za nas, za rodzinę. Płakałam.

Sławek: Zaraz też chłopaki ode mnie z jednostki zaczęły organizować spotkania w szkole. Kumple nie chcieli, żeby ktoś się z moich dzieci wyśmiewał, że tata nóg nie ma, że kaleka. Mówili, że bohater, że na służbie ludzi ratował, że dzięki takim strażakom ludzie przeżywają…

Kasia: W każdej klasie taką prelekcję zrobili. Opowiadali, że tatuś Olka jest bohaterem, że strażacy pomagają ludziom w wielu trudnych sytuacjach. I wie pani, potem dzieci mówiły: „Olek, ale ty masz supertatę”.

Sławek: Nie wiem, który to kolega wymyślił. Teraz dzieci wiedzą, że mogłem umrzeć. Wie pani, to jest strażackie braterstwo. Cała moja zmiana była w szpitalu. Zmieniali się, dyżurowali. Przez dziesięć dni w śpiączce, na intensywnej terapii. Zawsze ktoś z nich siedział na korytarzu i czekał na wieści. Kiedy lekarze powiedzieli, że brakuje krwi, to następnego dnia do punktu krwiodawstwa przyjeżdżały autobusy ze strażakami i ich znajomymi. Wszyscy z myślą, żeby dla mnie oddać krew. Tylu ludzi przyjechało, że zaczęto ich odsyłać do innego szpitala. Jaka to jest siła! Już mnie bierze, już gęsiej skórki dostaję, już łzy w oczach czuję. To jest nie do pojęcia, wszyscy za jednego. Pamiętam, jak przyjechałem na którąś sprawę do sądu. Było jeszcze trzech kolegów strażaków i moja żona. Wszyscy mieliśmy zeznawać. Zaczął pierwszy. Nie wytrzymał, popłakał się. Potem Arnold też płakał, a zaraz potem dowódca jednostki nie był w stanie mówić, bo szlochał. Ja razem z nimi wszystkimi. Trzeba było przerwać sprawę. Tylko żona nie płakała. Chłopaki mówią na nią żelazna dama.

Kasia: Teraz się wzruszam, ale wtedy byłam twarda, taka zacięta. Tylko raz nie wytrzymałam. Po dziesięciu dniach przenieśli go z OIOM-u na ortopedię. Sławek już siedział na wózku, wyszliśmy na korytarz i akurat przechodziła lekarka z OIOM-u. Widzę, że płacze. Myślę, że coś się musiało stać. A ona mnie pyta: „To jest ten strażak? Wie pani, ja go nie mogłam uśpić przed pierwszą operacją. Dawałam mu coraz silniejsze dawki, bałam się, że go to zabije, a on patrzył na mnie i mówił o dzieciach, jak je kocha, jakie są mądre, piękne, jak z nimi pojedzie na narty, na wakacje, w świat… I jak to mówił, to wiedziałam, że tego nie zrobi, że nie przeżyje, taki był zmasakrowany. Sama mam pięcioletniego syna. Teraz mogę płakać. Wtedy się hamowałam. Nawet pani nie wie, jak się cieszę, że pani mąż żyje, że dzieci mają tatę”. Płakała. Ja z nią płakałam.
Teraz Olek ma 13 lat, ale mówi jak dorosły. Zresztą on bardzo urósł, zmężniał. Jeszcze w zeszłym roku był raczej okrągły. Teraz prawie 170 cm wzrostu, przystojniak. Latem był przez kilka tygodni na obozie dżudo. Od rana do nocy treningi, nie jadł ze zmęczenia. Jest ministrantem, po wakacjach ludzie na mszy mnie pytali, co z nim zrobiłam.

Olek: Dopiero jak zobaczyłem swoje zdjęcia z zeszłego roku, to zauważyłem, że się zmieniłem.

Sławomir Wilczyński ma 160-procentowy uszczerbek na zdrowiu. Brak dwóch nóg, śledziony, sztywne, niesprawne dwa palce u lewej ręki. Gra w kosza. Żeby być w drużynie, trzeba mieć trwały uszczerbek na zdrowiu. 2015 był pierwszym rokiem od wypadku, kiedy nie miał żadnej operacji. Wcześniej sześć, różnych. Usuwanie końcówek nerwów z kikutów, bo tak bolało, że nie można było chodzić w protezach.

Kasia: Czasem w zębie tak są nerwy na wierzchu i wszystko przeszkadza – on tak miał w nogach.

Sławek: Jak się kołdrą w łóżku przykrywałem, to wariowałem z bólu. Wydrapywanie tkanek miękkich, bo ropa, brud, nie chciało się goić, szwy puszczały. Ratowanie kikuta, żeby nie trzeba go było ciąć powyżej kolana. Półtora miesiąca się paprało. Po roku się okazało, że kikut za długi, a ciała za mało i w protezie nie można chodzić. Skrócenie kości. Plastyka.

Jeśli mam chęć mogę zobaczyć zdjęcia gnijącego kikuta. Nie mam.

W rodzinnym albumie są, na wypadek gdyby komuś przyszło do głowy narzekać. Patrzy się na takie zdjęcia, konfrontuje z problemem i przechodzi. Potem kość w lewym kolanie mi się rozwarstwiła na pół. Śrubami poskręcali, płytki założyli. Po trzech latach trzeba było te śruby usuwać. Ten, co mi protezy robi, kazał mi wyrzucić kule albo chociaż schować. Schowałem, bo czasem potrzebuję.
W domu są trzy pary protez. Jedne są do pływania. Dość lekkie, proste w konstrukcji. Drewniana stopa. No bo jak wejść z dzieciakami z plaży do wody? Na czworakach? Poza tym ludzie w morzu specjalnie nurkują, żeby te nogi sztuczne pooglądać, zobaczyć, jak się w nich pływa. Drugie są letnie, do chodzenia, takie do krótkich spodenek. W kolorze lekko opalonej skóry. Od razu w sandałach.

Kasia: Babcia Sławka chyba zapomniała, że on nóg nie ma, bo mówi do mnie: „On chyba na jakichś pedikiurach był, bo takie stópki zadbane”.

Sławek: Paznokcie zadbane, ale piętka twardawa dość, schodzona, nawet takie plamy wątrobowe zrobili. Niech pani weźmie tę nogę, dotknie, obejrzy.

Biorę. Ciężka. Kilka kilogramów. Dotykam cielistej masy. Są na niej włosy. Włosy prawdziwe.

Sławek: Zgolili mi z ramienia i tu powtapiali. Stopy trochę za szerokie zrobili. Swoje miałem węższe, zgrabniejsze, a może po prostu do własnych bardziej się przyzwyczaiłem.

Trzecie protezy są całoroczne, do każdych butów. Chociaż klapek ani żadnych kapci nie można nosić, bo kapcie się palcami trzyma. Wszystkich namawiam na wykonanie próby: nałóż kapcie, nie ruszaj stopą i spróbuj przejść dwa metry. Niemożliwe? Spadają? Spadają. Albo drugi test: połóż się do łóżka i spróbuj się obrócić na drugi bok bez pomocy stóp. Hm, pięta jest do tego potrzebna. Bez pięty, nawet sztucznej, trudno.
Na pierwsze protezy zrzucili się strażacy. Bo dopóki sąd nie wskazał winnego wypadku, ubezpieczyciel nie chciał zapłacić. A jedna proteza to 35 tysięcy złotych.

Sławek: Teraz jestem wzorem, modelem. Pewnego dnia, gdy byłem na sympozjum dla ortopedów i protetyków, poproszono mnie, żebym odwiedził dziewczynę, która wpadła pod pociąg i też jej nogę ucięło. Pojechałem pokazać, że można żyć bez nóg, i pogadałem z nią. Gdy straciłem swoje, to przyszedł doktor, któremu też kiedyś nogi ucięło. Śledziłem tę akcję ratowniczą, bo była akurat na mojej zmianie. Skoro ja dostałem wsparcie, to dlaczego miałem nie oddać. Pojechałem do dziewczyny i powiedziałem: „Kurde, Aśka, jak ja bym miał jedną nogę, to tak jakbym miał dwie”. I ostatnio zaprosiła nas na swoje wesele. Wsiadam w samochód i jedziemy.

Kasia: Kiedyś Sławka nie było, bo ciągnął trzy etaty. Trzeba było zarabiać, bo budowaliśmy dom. Kiedy wychodził rano, dzieci jeszcze spały, a gdy wracał, już spały. A ja im opowiadałam, że tata wieczorem wrócił z pracy, a rano, że już pojechał. Cztery miesiące przed wypadkiem obchodziłam trzydziestkę. Boże, studia skończyłam, dwójkę dzieci urodziłam, dom wybudowałam, co jeszcze mogę zrobić? I życie się odwróciło o 180 stopni. Inaczej na wszystko patrzę. Wtedy to był bieg za wszystkim. Bez zastanowienia, bez refleksji.

Sławek: Tak było. A teraz noga mi się iksuje, przekrzywia. Zawsze miałem proste. Ale chodzę. I dzieci widzę codziennie. I jak chcę, to biorę śrubokręcik i podkręcam nogi. W dwie minuty rosnę kilka centymetrów.

Karolina i Aleksander są podopiecznymi Fundacji Dorastaj z Nami od 2013 roku. Ich tata, Sławomir Wilczyński, był strażakiem. Podczas wypadku na służbie stracił nogi.

Tata Olka i Karoliny ma 160-procentowy uszczerbek na zdrowiu. Stracił obie nogi, śledzionę, ma niesprawne dwa palce u lewej ręki. 
Wóz strażacki, który prowadził, zderzył się czołowo z TIR-em. Chociaż kocha być strażakiem, do pracy już nie wróci. Pomagamy jego dzieciom rozwijać się 
i spełniać marzenia. Karolina i Olek fantastycznie się uczą. Dzięki wsparciu Fundacji z sukcesami trenują sztuki walki. Olek marzy o szkole w Anglii – tam najlepiej uczą jego ukochanej matematyki. Jeśli chcesz pomóc mu spełnić to marzenie…

PRZECZYTAJ
REPORTAŻ


Chciałbym nowego tatęKarolina pożegnała się z Adamem rok po jego śmierci. Skoczyła ze spadochronem. Myślała, że jest blisko niego, blisko nieba. Kiedyś przecież obiecała, że z nim skoczy, nie zdążyła.
Kuba ogląda filmiki. Najbardziej lubi te, jak tata skacze z samolotu. Kiedy będzie duży, to też tak skoczy. Siedmiolatkom jeszcze przecież nie pozwalają skakać.Karolina: Nie było strachu, fajne uczucie. Mogłabym skakać codziennie. Mój tata się denerwował, krzyczał, że nie dość, że dziecko nie ma ojca, to jeszcze matkę straci. Wyłączyłam telefon i skoczyłam. Mam 36 lat, ale ludzie mi nie wierzą, myślą, że mniej. Smutek konserwuje. Kuba jest jak Adam, też szybko żyje, skacze, nie usiedzi w miejscu. No i nie raczkował, czołgał się. Widać było, że syn żołnierza. Jak się rodził, to Adam był na poligonie. Zadzwoniłam, przyjechał, po dwóch dniach już był z powrotem w wojsku. Ale nas kochał.Nie chce opowiadać swojej historii, mówi że nie potrafi. Pokazuje tylko ścianę w przedpokoju. Sześć zdjęć. Na jednym Kuba ma trzy miesiące, na drugim Karolina, Adam, Kuba i samochód, to pamiątka z 30. urodzin Karoliny – Adam kupił jej nowe auto. Na innym Adam przy samolocie. To zdjęcie z 28 kwietnia 2010 roku. Wtedy go ostatni raz zobaczyła. Patrzył z daleka na nią i na synka. Wsiadł do samolotu i nigdy nie wrócił. W pokoju Kuby też wisi zdjęcie taty.Karolina: U mnie w sypialni też było. Ale w tym nowym mieszkaniu, to… Pomyślałam, że już może nie. Już może niech lepiej nie stoi.Miesiąc po śmierci prawie wszystkie rzeczy męża spakowała. Wiedziała, że im dłużej będzie na nie patrzeć, tym trudniej będzie się z nimi rozstać. Wzięła worki, ułożyła w nich ubrania i oddała potrzebującym. Zostawiła bluzę, taką amerykańską. I beret bordowy, odznaczenia, zdjęcia. Zegarek i komórka chyba gdzieś się rozprysły w czasie wypadku.
Wypadku?
Karolina: A jak mam mówić? Zamordowanie? Jakoś nie przechodzi mi przez gardło. Ktoś bombę podłożył, ktoś najechał. Lepiej mówić wypadek. Minęło pięć lat. Podobno czas leczy rany, ale nie leczy. 14 października 2010 roku jakaś duża część mnie umarła, przewartościowałam wtedy całe swoje życie.Byłam żoną żołnierza, przemieszczałam się, byłam tam, gdzie on, żyłam jego pasją. Zawsze mieszkaliśmy daleko od siebie. Zawsze łączyła nas odległość, widzieliśmy się głównie w weekendy. Wojsko to była jego wielka pasja, więc nie miałam żadnych pretensji. Wiedziałam, za kogo wychodzę. Kochałam. On się urodził żołnierzem. Tak naprawdę to dopiero pół roku przed wyjazdem do Afganistanu zamieszkaliśmy razem. Nie, nie w tym mieszkaniu, nie w tym mieście. Tu jest jasno, świetliście, biele i szarości, tam były beże, brązy. Kuba miał dwa lata, jak Adam zginął, ale pamięta, jaki kolor miała ściana w tym mieszkaniu, w którym razem z tatą mieszkaliśmy. Pyta: Dlaczego nie pomalowałaś mi na taki kolor? A dlaczego nie mam na ścianie Kubusia Puchatka, tak jak miałem w tamtym domu, w którym był tata? Dzwonek domofonu pamięta i chyba mu się nie bardzo podoba ten nowy. Wtedy jak domofon dzwonił, to znaczy, że tata wraca… Po śmierci doszło do mnie, że przecież jeszcze ja jestem. Wtedy też zweryfikowałam ludzi wokół, przyjaciół, kolegów, znajomych. Czasami wystarczyło posłuchać kondolencji. Przecież to twoja wina, Masz to, co chciałaś – po takich tekstach nie chciałam mieć nic wspólnego z ludźmi, którzy je wypowiadali. Mam to, co chciałam? Przecież nie chciałam, bo nie chce się śmierci najbliższej, ukochanej osoby. Jak ktoś źle żyje, to może komuś życzy śmierci, ale w dobrym związku, w kochającym się małżeństwie to nie do pomyślenia. Ból, strata, cierpienie – to się czuje. To jest jak wyrwa, ta świadomość, że go nie ma i nie będzie, nie umiem tego opisać. Wszyscy dookoła są, wszyscy zostali, tylko jego nie ma. Pomyślałam, że będę mieszkać, gdzie chcę, robić to, co chcę i nie wracać do przeszłości, ale widzę, że ciągle się nie udaje. Pani też ode mnie oczekuje opowieści o tym, co było, prawda? Myślałam, że spotkamy się w kawiarni, w barze, coś pani opowiem o mężu i tyle. A zaprosiłam panią do domu, na mój teren. Wie pani, że przeprowadziłam się tutaj, żeby nikt o mnie nie wiedział, nie znał mnie? Te opowieści mnie bardzo dużo kosztują. Nie tylko emocjonalnie. Dzień przed waszym przyjazdem wymiotowałam. I nie, niczym się nie zatrułam, to emocje, nerwy, do tego potworny ból głowy. Tak fizycznie reaguję na stres. Wiem, że się nigdy nie odetnę od wspomnień, że pamięć o nim musi trwać. Wiem też, że mam swoje życie, Kuba ma swoje, a przez te wspomnienia ciągle żyjemy życiem Adama, jego życie się wciąż toczy. Proszę się nie przerażać, musiałam to powiedzieć.
Karolina nie patrzy w oczy, trzyma coś w palcach, siedzi bokiem. Jakby między nami była szyba.
Karolina: Chyba lubię swoją samotność, swoją rozpacz i chcę je mieć dla siebie. I wcale nie jest mi lepiej, jak o tym wszystkim opowiadam. Byłam na jakichś spotkaniach, terapiach, mówiłam, ale nic się nie zmieniało, nic nie pomagało. Wydaje mi się, że tego nikt nie zrozumie, nikt, kto nie stracił nikogo na wojnie. Ja do tej pory nie wiem, jak mam synkowi wytłumaczyć, dlaczego on nigdy już nie będzie miał ojca. Rozumie pani, nie wiem! Mówię mu oczywiście, że tatuś jest w sercu, że jak będzie chciał, to mu w każdej chwili mogę o nim opowiedzieć, że razem na filmikach możemy go pooglądać, zobaczyć na przykład mamy i taty wesele, ale przecież wiadomo, że to go nie zastąpi.

Pytam, czy mogę z Kubą porozmawiać o tacie. Widzę skinienie głowy. Kuba mówi o angielskim, o tym, jakie zna kolory, wymienia wszystkie, przedstawia się, mówi, jak jest po angielsku trójkąt. Kiedy proszę, żeby o tacie opowiedział, zamyśla się na chwilę, nabiera powietrza, myślę, że powie, że tęskni, ale słyszę tylko: Nie mogę, gram mecz. Muszę grać.
Niedawno zaczął chodzić na prawdziwą piłkę. Wiem, że tańczy breakdance, ale teraz akurat się wstydzi. Chciałby mieć tatę, chciałby też mieć siostrę lub brata. Lepiej brata. Sąsiedzi Kuby mają i prawdziwego tatę, i nowego tatę, więc Kuba też pyta mamę, czy może mieć nowego tatę, ale mama zawsze reaguje śmiechem. Chyba na razie nie chce, żeby z nią i z Kubą mieszkał nowy tata. Jej tata, dziadek Kuby, też marzy, żeby mama sobie życie ułożyła, bo widzi, że się zamyka, wycofuje, tylko praca, dom, praca, dom. Siostra mamy i koleżanki czasem wyciągają ją gdzieś na kawę, do knajpy, do kina idą. Ale nowy tata w domu się nie pojawia.
Karolina: Kubuś lgnie do mężczyzn, potrzebuje kontaktu. Dziadek, mój tata, jest jego bohaterem. Proszę spojrzeć, to mój ojciec całe to mieszkanie wyremontował. Ja wiedziałam, jak ma być, a on robił. Jestem po technikum budowlanym, więc się też na budowlance znam. Tata jest na każde moje zawołanie, nie wykorzystuję tego, ale wiem, że mogę zawsze na niego liczyć. Dzwonię i za godzinę puka do drzwi. I na razie nie wyobrażam sobie, że mogłabym się z kimś związać. Syn jest dla mnie najważniejszy. Zaraz będziemy powtarzać angielski.

Kuba ma zajęcia z angielskiego dwa razy w tygodniu, w szkole, po lekcjach. Lubi się uczyć. Oglądam jego pokój, łóżko w kształcie wyścigowego auta, biurko, wygodny fotel, szafa z fototapetą.

Karolina: Wiem teraz, że owszem, sześciolatki są gotowe na szkołę, ale pod warunkiem że ich rodzice mają kilka godzin dziennie na to, by je poświęcić na odrabianie lekcji, nadrabianie zaległości. Kuba z matematyki jest bardzo dobry, a z polskiego wdał się we mnie. Trudno mu jest. Przychodzi i mówi, że ma napisać jakąś historyjkę zaczynającą się od: Pewnego razu… I siedzimy razem, i się głowimy. Najgorsze, kiedy w szkole jest Dzień Matki, Dzień Ojca, Dzień Rodziny – przeżywa, że taty nie ma. Kiedy śpiewa, występuje, to patrzy tylko na mnie. Uśmiecham się, macham mu, gotuje się we mnie, płakać mi się chce, ale nie pokazuję tego. Wierszyka o tacie nie powie. Nauczycielki wiedzą. W dokumentach jest rubryka ojciec. Przecież musiałam napisać: nie żyje.

Umarł 14 października 2010 roku. W Dzień Nauczyciela. Tego dnia Karolina bierze urlop, zamyka się w domu, wyłącza telefon. Jej rodzice zabierają Kubę do siebie. Potem, w weekend, jedzie na Kaszuby, na grób Adama. Szada Borzyszkowski to jest rodowe kaszubskie nazwisko. Koledzy z wojska mówili na niego Szadi, a w rodzinnej wsi – Amerykan, bo jak był mały, w podstawówce jeszcze, to babcia dostała dolary ze Stanów, a on te dolary wziął i w kieszeniach nosił. Umarł w czwartek, pogrzeb był w następny czwartek. Cała wioska przyszła na pogrzeb. Bębny waliły, żołnierze na galowo, generałowie, politycy. Karolina szła za trumną. Nie płakała. Tylko w środku ten przeraźliwy smutek. Całe ciało bolało. Na trumnie wieniec w kształcie serca z bordowymi różami.

Karolina: Adam chciał dokładnie taki wieniec. I w rodzinnej wsi chciał być pochowany. Wiedział, że umrze. Czuł to. Rozmawiał ze mną o śmierci, ale ja te myśli odpędzałam. Potem się okazało, że swoim kolegom też o tym wieńcu mówił i o tym, że zginie na drugiej misji. Pamiętam, jak kiedyś wróciliśmy z jakichś imienin. Ja w ogóle nie piję alkoholu, on pił za zdrowie, ale niedużo, bez przesady. Wracamy, patrzy na mnie i poważnym głosem mówi, że jak zginie, to mam sobie kogoś znaleźć, i jeszcze o tym wieńcu, i o miejscu pochówku. Zwaliłam to na pijackie gadanie. Kiedy jechał na tę drugą misję, to się bałam, ale nie że zginie, bo przecież nie wierzyłam, że przewiduje przyszłość. Wcześniej, dwa lata po naszym ślubie, w 2007 roku był przecież w Iraku i wszystko było w porządku. OK, nie denerwowałam się, bo może nie byłam do końca świadoma, co się tam dzieje. Nie myśli się o tym, że coś się może stać. Kiedy jechał do Afganistanu, też się nie bałam.

Dzwonił codziennie. Tego dnia, 14 października, też dzwonił, o siódmej rano, rozmawiał z żoną. Jak się coś działo, to mieli hasło. Mówił tylko: Jak Jakub się czuje? I wtedy było wiadomo, że jest problem, że coś wybuchło, ostrzał był, ale że on jest bezpieczny. Ta zmiana w Afganistanie, w 2010 roku, była szczególnie krwawa, przed Szada Borzyszkowskim zginęło pięciu żołnierzy.

Karolina: Zdarzało się, że pisał SMS: Nie będę się odzywał dwa dni. Wtedy wiedziałam, że jest gdzieś w terenie, że nie może rozmawiać. To mnie uspokajało, nie bałam się, że przyjadą, zapukają do drzwi i powiedzą: Poległ. W tamtym czasie nasz syn wstawał o piątej rano. Na wakacjach na przykład ludzie wracali z imprez, a ja już byłam z nim na placu zabaw. Ale tego dnia spał, jak Adam zadzwonił o siódmej, też spał. Pogadaliśmy, na koniec: Pamiętaj, że cię kocham, za dwie godziny napiszę SMS. To znaczyło, że wyjeżdżali poza bazę. To miał być ostatni wyjazd, bo przecież za kilka dni Adam miał być już w Polsce, w domu. SMS nie przyszedł. Ja napisałam, nie odpisał. Kuba wstał z czterdziestostopniową gorączką. Myślałam, że wariuję, kiedy przyszła myśl: na pewno zginął. W tym moim na pewno oczywiście były i nadzieja, i dziwne przeczucie, że jak jest ciężko ranny, to odbierze sobie życie. Stałam i czekałam, aż się zjawią. Przyjechali po południu. Usłyszałam płacz mojego taty. Powiedziałam im, że wszystko wiem, i chciałabym, żeby już poszli, a oni musieli czekać na kolejną delegację. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki, której tata umierał na raka. Wsiadła w samochód i przyjechała. Była ze mną. Codziennie też przyjeżdżał psycholog. W domu była biała teczka, w razie swojej śmierci ją szykował, wszystkie dokumenty, nagrody. Chciał awansować. Pośmiertnie go awansowali. Dzień po śmierci Adasia zadzwonił do mnie minister obrony narodowej i pyta, co ja bym chciała, w czym może mi pomóc, a ja, że chciałabym tylko, by mąż został kapralem. Został sierżantem.

Cztery lata po śmierci Adama Karolina rozpoczęła pracę w wojsku, jest cywilnym pracownikiem w wojskowym wydziale gospodarczym. Ma skończone studia, na kierunku marketing i zarządzanie o specjalności ochrona środowiska. Wystarczyłaby roczna szkółka i mogłaby zostać żołnierzem, podporucznikiem. Nie chce ze względu na Kubę. Teraz kończy pracę o 15, weekendy ma wolne, a wojsko to, wiadomo, ćwiczenia, dyżury, nienormowany czas pracy. Jej pensja to najniższa krajowa.

Karolina: Lubię tę pracę, bo z ludźmi jestem. Adam też kiedyś zarabiał tyle samo i dawaliśmy radę. Tu, we Wrocławiu, bardzo dobrze się czuję. Na początku bałam się dużego miasta, a teraz wiem, że lepiej nie mogłam wybrać. Poza tym jestem anonimowa. Nikt nie ocenia, nie sprawdza, jak sobie radzi młoda wdowa z małym synkiem. Praca pozwala mi zabijać czas. Mija szybko, dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Czasem myślę, że dla mnie dziś to życie mogłoby się zakończyć. Nie, nie mam żadnych złych myśli, żyję, dbam o siebie, o synka, ale to jest wszystko z dnia na dzień. Że co, że są święta? Ale przy tym świątecznym stole nie ma najbliższej mi osoby. Wiadomo, że muszę go wychować, pilnować, dożyć dnia, kiedy zostanie tatą… Na razie musimy na czysto przepisać zdania do zeszytu. Ludzie mówią, że teraz mam luksusy, odszkodowania. A ja im mówię: Ludzie, wojsko mi wszystko zabrało. Wszystko. Miłość mojego życia, wspaniałego, mądrego człowieka.
Miałam nie wracać do przeszłości, a właśnie złapałam się na tym, że już pani chcę opowiadać, jak się poznaliśmy, jak żyliśmy. Pamiętam, jak koleżanka zadzwoniła, namówiła mnie na wyjście do pubu. Pracowałam w hotelu, kończyłam pracę o 22, przyszła po mnie ze swoim chłopakiem i jego kuzynem. Do drugiej w nocy gadaliśmy i ten kuzyn potem nie dawał mi żyć. Traktowałam go jak małolata, bo był dwa lata młodszy. Poza tym, nie wiem dlaczego, ale ja wtedy byłam pewna, że będę mieć męża cztery lata starszego, do tego kucharza, który będzie gotował dla całej rodziny. Męczył, wysyłał SMS-y, kartki wysyłał, potem żołnierzom swoim kazał pisać i słać, bo co kartka to inne pismo, i kiedy mógł, przyjeżdżał. Widziała pani zdjęcia, on był zabójczo przystojny, dziewczyn mógł mieć dużo, wybrał mnie. Zakochał się, mówił, że od pierwszego wejrzenia. Ja trochę później, ale za to mocno, no i byłam absolutnie pewna, że to ten człowiek, ten mężczyzna. Kiedy o tym mówię, to nie wierzę, że go nie ma, że jego ciało zostało porozrywane na kawałki.

Prokuratura wojskowa wysłała do Karoliny Szada Borzyszkowskiej pismo do podpisu, opinię lekarską, szczegółowy opis obrażeń, jakich doznał starszy szeregowy Szada Borzyszkowski. Wcześniej koledzy Adama jej nic nie mówili, jak wyglądał, co miał urwane, chcieli ją chronić. Trzy i pół roku po śmierci spotkała żołnierza, który widział śmierć jej męża. Głuchy na jedno ucho, z niesprawną nogą. Mówił tylko, że żałuje, że to nie on zginął, żadnych szczegółów, nic.
Karolina: A w tym piśmie wszystko przeczytałam. Jeszcze to, że sprawcy nie zostali znalezieni. Pamiętam, jak wyszliśmy z kościoła po pogrzebie. Obok mnie Kuba, którego trzymałam za rękę, i dalej tata z mamą, rodzina, a przed trumną najbliżsi żołnierze. Nie wiedziałam, że ktoś włączy piosenkę „Ostatni list”, z filmu „Katyń”. Ledwo to zniosłam. Teraz często ją sobie włączamy. Niech pani posłucha: „Synek pewnie urósł, za mnie przytul go, teraz jeszcze trudniej odejść stąd”. Kubuś mówi, że to piosenka taty, i razem płaczemy. Ja dla niego żyję.

Jakub jest podopiecznym Fundacji Dorastaj z Nami od 2012 roku. Jego tata, Adam Szada Borzyszkowski, był żołnierzem. Zginął na służbie 14 października 2010 roku. Kuba miał wtedy dwa lata.

Mama Kuby nie wie, jak mu wytłumaczyć, dlaczego już nigdy nie będzie miał taty. Chłopczyk miał zaledwie dwa latka, kiedy stracił ojca. Mówi, że kiedyś będzie skakał ze spadochronem – zupełnie jak tata. Dzięki Twojej pomocy jest to możliwe…

PRZECZYTAJ
REPORTAŻ








Naszym tatą jest dziadek RysioNie wiem, czy można kochać kogoś, kogo nie ma. Kto był, ale już go nie ma. Od lat nie ma, bo umarł. Ale był. I był wielką miłością, wszystkim, całym światem. I w pierwszym porywie myśli wszystko by się oddało, żeby wrócił. Ale czy dzieci by się oddało? Te lata spędzone z nimi, poświęcone ich wychowaniu też? Nie, na pewno nie, dzieci nie. A gdyby tak wrócił, to co? I gdyby tak wszedł w to życie, które od tak dawna nie jest jego życiem? Wyszliśmy z domu Patrycji, jej dwóch córek Anielki i Zosi i jej rodziców i jeszcze słyszę, jak to mówi, jak się zastanawia nad tym, czy miłość pozostaje, kiedy umiera osoba, którą się kochało od podstawówki, wzięło z nią ślub, pojawiły się dzieci. Przecież jak się kogoś kocha, to chce się z nim być, rozmawiać, a oni nie widzieli się od ponad ośmiu lat.

Spędziliśmy z nimi popołudnie i wieczór. Rozmawialiśmy o tym, co było do śmierci Krzyśka, policjanta, męża Patrycji, i o tym, co po niej. Przecież na co dzień, kiedy wszystko gra, zdrowie dopisuje, o śmierci się nie rozmawia, nie zastanawia, co się stanie z miłością, jeśli ten, kogo się kocha, umrze. Patrycja ma 36 lat, wygląda bardzo młodo. Mówi, że ta śmierć, to cierpienie chyba ją zakonserwowały. Jest nauczycielką w gimnazjum, uczy historii i WOS-u. W salonie swoje miejsce ma wielki biały miś, większy niż jej ośmioletnia córka Zośka, ciut niższy od dwa lata starszej Anielki. To prezent od uczniów na 35. urodziny. Uwielbia ich, zdolni, otwarci, zaangażowani w życie szkoły. Nie wie, skąd się dowiedzieli o tych urodzinach, ale sprawili jej wielką przyjemność.
Patrycja: Pracuję w małym wiejskim gimnazjum. Świetna młodzież.
Czasem myślę, że wiele bym oddała, żeby był. Ale nie wiem, co by było, gdyby się zjawił. Na pewno byłaby radość, ale też żal, że go nie ma przy mnie, że mnie zostawił. Po jego odejściu bardzo dużo czytałam o śmierci, o tym, co może robić, gdzie jest. Wierzę, że się kiedyś spotkamy. Przychodził po śmierci, do naszego poprzedniego mieszkania, i nikt mi nie wmówi, że to była wyobraźnia. W pierwszych tygodniach po śmierci bardzo często, codziennie w zasadzie. Budziłam się w nocy do Zosi, nakarmić ją, i słyszałam, jak wychodzi z sypialni. Do tego miałam bardzo realne sny. Zresztą do tej pory jak mi się przyśni, to mam dobry dzień.

Krzysztof często mówił o śmierci. Nie, nie w żartach, zawsze poważnie. Mówił, odkąd się poznali. A to było jeszcze w podstawówce. Patrycja miała 13 lat, on 15. Już wtedy zostali parą. Któregoś dnia przyszła do domu, przejęta cała, i wyznała, że Krzysio powiedział, że długo nie będzie żył, a jak umrze, to cała Polska przyjedzie na jego pogrzeb. W maju 2007 roku przyjechali generałowie, politycy, urzędnicy, policjanci, były salwy honorowe. Żegnano trzydziestoletniego policjanta, który zginął kilka dni wcześniej w wypadku samochodowym. To był pościg, chciał złapać włamywaczy, którzy napadli na miejskie delikatesy.
Patrycja: Do tej pory nie wiem, jak to było. Mój tata był wtedy na miejscu. Ale nie wiem, czy będzie chciał opowiadać, bo na pewno nie jest wylewny. Do tej pory przeżywa, nadal go to wszystko trzyma. Kiedy Anielka miała dwa latka, to na każdy sygnał radiowozu albo karetki leciała do okna, musiałam ją brać na ręce, bo była przekonana, że to tata. Wtedy też usłyszała. Zobaczyliśmy jego radiowóz przejeżdżający na sygnale. Za chwilę, za minutę, już nie żył. 300 metrów od naszego domu zginął.

Idę do kuchni, ojciec Patrycji przygotowuje herbatę, opowiada mi o wnuczkach, o tym, że mówią do niego dziadziuś Rysio, że je kocha nad życie i one chyba jego też. Pytam o 8 maja, o ten dzień, kiedy to się stało, kiedy córce powiedział, że jej mąż nie żyje.
Pan Ryszard: Osobiście powiedziałem, nie chciałem przez telefon. Ciężko mi jeszcze o tym mówić.
Odwraca się, widzę że ręką wyciera łzy.
Akurat kiedy to się stało, to jechaliśmy do Patrycji. Krzysiek był na służbie. Godziny szczytu, korki. Chciałem trochę objechać. I tak objeżdżałem, że najechaliśmy na samą katastrofę. Z daleka zobaczyłem. Już były i radiowozy i karetki pogotowia. Zatrzymałem się, bo nie można było dalej jechać. Wysiadłem, chciałem zobaczyć, co się stało, czy długo będzie trzeba czekać. Patrzę, jeden radiowóz jakoś tak wysoko stoi. Popsuł się czy co? Na lawetę go ktoś ładuje? Potem się okazało, że leciał i wpadł na ogrodzenie.

Ten z Krzyśkiem?
Z Krzyśkiem, ale ja wtedy nawet nie przypuszczałem, że to może naszej rodziny dotyczyć. Patrzę, w tym radiowozie siedzi policjant, ale twarzy nie widać. Tylko taką naszywkę zauważyłem. Taką, która informuje, że to pirotechnik. I wtedy też jeszcze nic. Myśl tylko, że jakiś drugi policjant pirotechnik musiał jechać. Radiowóz przecież inny niż ten, którym na co dzień Krzysiek jeździł. Potem się dowiedziałem, że inny, bo rano Krzysiek ze swoim partnerem Irkiem byli w Łodzi. Tam odbierali nagrodę od komendanta wojewódzkiego. Pojechali innym wozem, a jak wracali, to dostali wezwanie, że napad na delikatesy i że samochód z bandytami już gdzieś ucieka. W drugim radiowozie jechali policjanci z drogówki, dostali informację, że był napad na starszą panią. Włączyli sygnał i jechali. Wjechali na skrzyżowanie i uderzyli w radiowóz, w którym mój zięć jechał. To sobie trudno wyobrazić, taką głupią sytuację. Aż się wierzyć nie chce.

Wysiadł z samochodu, kolega Krzyśka go zauważył, też policjant. Znał pana Ryszarda, zresztą jego w mieście prawie wszyscy znają, ze trzy pokolenia kierowców nauczył jeździć autem. Tylko szum w głowie pamięta i głos młodego policjanta: to Krzysio jest, Krzysio. Odwrócił się, zaczął biec, chciał od razu do Patrycji, chciał ją uchronić, ochronić, wszystko chciał, byle tylko nie cierpiała jego jedyna córeczka. No, ale przecież żona w aucie i jeszcze prawie 80-letnia mama. Jechali do Patrycji. Krzysiek miał służbę, chcieli dzieci zobaczyć, może coś pomóc. Wrócił do samochodu, żona pyta, co się stało, mówi, że nic, że wypadek, że trzeba czekać. Opanowany był.
Pan Ryszard: Dopiero po pięciu latach zaczęły mi łzy lecieć. Teraz, pani widzi, lecą. Stres mnie trzymał, energia dziwna. Te parę lat temu jak zszedł, to poczułem, że się zestarzałem, tak zgrzybiałem jakoś.

Wtedy do żony w końcu powiedział, że tam, w tym wypadku, to Krzysiek. Chciała biec, zobaczyć, krzyczała, panikowała. Zawiózł ją na pogotowie, dostała zastrzyk uspakajający, potem zawiózł ją do znajomej, a z mamą pojechał do Patrycji.

Pan Ryszard: Co miałem powiedzieć, że wypadek, że wszystko będzie dobrze? Nie żyje, powiedziałem. Przytuliłem, płakała. Na miejscu zginął, od razu. Potem widać było, że dziura w głowie. Świadkowie mi mówili, że samochód z Krzysiem z dziesięć metrów leciał, śrubę nad skrzyżowaniem zrobił. Ale dochodzenie było tak robione, żeby nie było winnego. Świadków nie przesłuchano, potem ludzie sami mówili, że nie było tak, jak jest napisane w prasie. Odszkodowanie później wywalczyliśmy. Patrycja nie chciała, a ja wiedziałem, że to o dzieciaki chodzi.
Patrycja: Chyba ostatnia z rodziny się dowiedziałam o tej śmierci. Chociaż przecież słyszałam o niej przez lata. Mówił, że jego życie nie będzie długie. Już nie pamiętam, czy wróżka, czy Cyganka przepowiedziała mu, że dożyje najwyżej trzydziestki. No i rzeczywiście, 30 lat i zginął. Mówił mi o tym często, bardzo często. Nie lubiłam tego.

Zawsze kiedy wracał ze służby, mówił, co się działo. Roztrzęsiony był, kiedy interweniował w domach, w których dzieci były bite i maltretowane. Zdarzało się, że ktoś wyskoczył do niego z nożem, z siekierą albo pościg był, ktoś drogę zajechał. Mówił, że śmierć widział wiele razy, i powtarzał, że może ze służby nie wrócić. Patrycji wyjaśnił, gdzie ma go pochować.
Patrycja: Kto z młodych ludzi wie, gdzie chce być pochowany? Ja nikogo takiego nie znam. I szczerze powiem, że nie brałam do końca poważnie tych jego tekstów. I pewnie dlatego nie byłam na tę śmierć przygotowana. Wtedy chyba tak naprawdę zrozumiałam, że się umiera, że śmierć może dotyczyć kogoś z mojego najbliższego otoczenia. Wcześniej nikt z mojej bliskiej rodziny nie umarł. Tata pewnie pani powiedział, że byliśmy razem od podstawówki. Teraz myślę, że ktoś tam na górze wiedział, że on tak młodo umrze, że czasu za dużo nie mamy, i dlatego mnie go z nim związał tak wcześnie. Byliśmy razem 15 lat. I dużo razem przetrwaliśmy.

Patrycja poszła do liceum, on do zawodówki. Potem zdał maturę. Następnie były Patrycji studia w Poznaniu i jego wojsko w Krakowie. Dojeżdżali do siebie, cieszyli się każdą chwilą i wiedzieli, że zawsze będą razem. Ona chciała zostać nauczycielką, on komandosem. Zawsze go pociągały sporty ekstremalne. Potem dostał się do policji, do prewencji, zaczynał od posterunkowego, skończył na sierżancie. Dokształcał się, studiował resocjalizację, napisał pracę magisterską, obronić nie zdążył. Marzyła mu się praca w jednostce antyterrorystycznej. Planował, nie zdążył. Dziwne to, bo skoro wiedział, że umrze, to powinien siedzieć z założonymi rękami i czekać na tę śmierć.
Patrycja: Pamiętam, jak mój tata liczył, ile jeszcze musi pracować do emerytury, liczył też, ile jeszcze zięciowi brakuje, na co zięć, a mój mąż, mówił, że nie ma co liczyć, bo on tej emerytury nie dożyje. Tata też nie myślał o tym poważnie.

Zosia taty nie pamięta, miała niewiele ponad dwa miesiące, kiedy tata umarł. Anielka też nie pamięta. Zosia zna tylko opowieść o tacie. Anielka bardzo późno zaczęła mówić, kiedy tata odszedł, to umiała tylko: mama, tata. Jednak język migowy miała opanowany do perfekcji. Przez pierwsze tygodnie od śmierci od razu po przebudzeniu mówiła: tata? Kiedy babcia jej powiedziała, że tata jest w niebie, wyłaziła z łóżeczka i jednym susem już była przy balkonowym oknie. Patrzyła w niebo machała rączką, jakby chciała tatę przywołać.
Patrycja: Aniela – imię zobowiązuje. Myślałam, że skoro Zosia taty nie pamięta, to brak taty nie będzie problemem. Ale problem był, i to jeszcze większy niż u Anielki. Najtrudniej było w przedszkolu.

Przedszkole prowadziły siostry zakonne. Któregoś roku zorganizowały rodzinny festyn. Głównym punktem programu miał być mecz tatusiów. I okazało się, że nie ma kto Zosi reprezentować. Płacz był straszny, rozżalenie. Potem już zawsze dziadziuś Rysio chodził na przedszkolne imprezy. Na szkolne też chodzi. Kiedy pytam go o dziadka, obydwie mówią: takim trochę naszym tatą jest dziadziuś Rysio.

Pan Ryszard: Kochają mnie chyba. Przychodzą z różnymi problemami. Opowiadają. Ja córkę i dwie wnuczki traktuję jak trzy córki. Teraz mam inne podejście, niż kiedy Patrycja była mała. Bardziej cierpliwy się zrobiłem. Zresztą kiedyś pracowałem non stop, na dwa i pół etatu. Ale tak się przepracowałem, że któregoś dnia nie mogłem wysiąść z samochodu, zasłabłem, zrezygnowałem z nauki jazdy i teraz mam więcej czasu dla córek.

Nie ma tygodnia, żeby Zosia o tatę nie zapytała. A to, że tęskni, a to, dlaczego nie ma taty, a inne dzieci mają. Albo czy jeśliby tata był, to jeździłby z nią na rowerze, przychodził na turnieje tańca, kibicował jej i Anielce. Zresztą Zosia jest podobna do taty. Gesty, powiedzonka, różne zachowania, poczucie humoru, otwartość, towarzyskość, łatwość w nawiązywaniu kontaktów.

Patrycja: W genach to odziedziczyła. Dobrze, że mogę w dziecku widzieć swojego męża. Anielka to cała ja. Powściągliwa, zamknięta, nieokazująca emocji. Mnie trudno wzruszyć. Choć, jak była Pierwsza Komunia Anielki, to się spłakałam, zryczałam nawet. Anielka nigdy sama nie zapytała, jaki był, co robił, co by było, gdyby żył. A przecież była świadoma, że tata nagle zniknął. Był i nie ma. Nie potrafiłam wtedy z nią o tym rozmawiać, kiedy zaczynałam, od razu płakałam. Może dlatego teraz nie potrafi o tym mówić.
Dziewczyny bawią się z naszymi córkami. Prawie rówieśniczkami. Latają, śmieją się, rysują. Widzę, że się czują bezpiecznie. Może dlatego, że jest mama, co jakiś czas na nią zerkają, sprawdzają, co robi, co mówi.

Patrycja: Obydwie wolą kontakt z dziećmi, które nie mają taty. Od dawna to obserwuję i widzę, że lepiej się czują w takim towarzystwie. Lepiej się czują w domach, w których taty nie ma. W innych przypadkach są zazdrosne. Czasem się rozglądają za jakimś wujkiem, mężem mojej koleżanki. Obecność Maksymiliana też na nie dobrze działa. Ale nie, nie szukają mi chłopaka.
Ja też nie mówię o sobie wdowa. Po prostu jestem mamą, mąż nie żyje i już, tyle. Skupiam się na dzieciach, na pracy. Nie wyobrażam sobie, że mógłby się pojawić w naszym życiu jakiś nowy mężczyzna.

Pan Ryszard: Moja siostra czasem mówi, że zniewoliliśmy Patrycję. Ale jak żeśmy zniewolili? Przecież jeśli powie, że już sobie radzi, to wrócimy do siebie. Mamy swoje mieszkanie, nie sprzedaliśmy. Będę się cieszył, kiedy spotka jakiegoś mężczyznę, zwiąże się z nim, będzie szczęśliwa. Przecież to jest młoda kobieta, na pewno by jej się przydał. Ale nie widzę, żeby się jakoś interesowała. Wie pani, z Krzysiem to oni byli parą od dziecka. Krzysio to była miłość jej życia.
Patrycja: Inny mężczyzna to nigdy nie będzie ich tata.

Pytam o panią, nie o dzieci.
Zupełnie mi na tym nie zależy. Miłość wielką już miałam. Aczkolwiek życie jest tak nieprzewidywalne, że już niczego nie zakładam. Skupiam się na tym, co mam. A obowiązków mam bardzo dużo. Wożę je w różne miejsca, na zajęcia. Myślę, że wychowuję dzieci w bardzo przyjaznej relacji. Chciałabym, żebyśmy kiedyś były przyjaciółkami. Dziewczynki nigdy nie mówiły, że chciałyby mieć nowego tatę, nigdy nie było tego tematu w naszym domu.

Kilka domów dalej mieszka Irek, policjant, mąż, ojciec. Zawsze z Krzyśkiem na służbie, zawsze w tym samym radiowozie prewencji. Kiedyś sobie przyrzekli, że jeśli jednemu by się coś stało, to drugi zajmie się rodziną. I Irek się zajmuje. Jest na każde zawołanie, choć Patrycja stara się tego nie wykorzystywać. Wie, że braterstwo, że rodzina to dla Irka świętość. Świętością były też dla Krzyśka. Irek został ranny podczas wypadku. Poharatany kręgosłup szyjny, przecięta tętnica. Ale to on wyszedł z radiowozu, wezwał karetkę, policję, to on pomógł później Patrycji walczyć o odszkodowanie.

Pan Ryszard: Pamiętam, jak policjanci na pogrzebie mówili: Krzysiu, nie zapomnimy o tobie, a prawie wszyscy zapomnieli. Oprócz Irka. Gdyby nie on, to nawet by paczki na święta dzieciom nie zrobili. Przecież to o symbol chodzi, a nie o pieniądze. Moja żona bardzo ciężko to przeżyła. Zawsze była delikatna, ale ta śmierć, to, że jej córeczka została sama, chyba ją złamały. Potrzebuje wsparcia, staram się, jak mogę. Jestem tu, w tym domu, jedynym mężczyzną. Czasem myślę, jak by to było, gdyby Krzyś żył.

Patrycja: Tata pomaga, mama też, teściowe, rodzeństwo Krzysia. Jednak są takie momenty, kiedy pomóc się nie da. Kiedyś trzeba się wysmucić. Na początku płakałam całe dnie. Nie chciałam zostawać sama. Pamiętam momenty, kiedy tylko ja i dzieci, pada deszcz, dzieci śpią i wtedy ta myśl, że zwariuję. Płacz. Krzyczałam, miałam pretensje, że mnie zostawił, umarł. Do dzisiaj tak mam, że jak mi ciężko, to krzyczę, robię mu awanturę. Na przeżycie żałoby potrzeba bardzo wiele czasu. Oj, trudno o tym wszystkim mówić. Wolałabym to wszystko zachować dla siebie. Nie lubię się dzielić swoimi wspomnieniami, no, chyba że ta moja opowieść może komuś pomóc. Sama nie wierzę, że tyle rzeczy pani mówię. Nie wiem, czy jeszcze cierpię. Na pewno się z tą śmiercią nie pogodziłam, tylko ją zaakceptowałam. Bo przecież nigdy nie pogodzę się z tym, że nie mam pełnej rodziny.

Zosia i Anielka wiedzą, że życie się kiedyś kończy, że każdego to dotyczy i w każdej chwili można umrzeć. Zdają sobie sprawę, że umierają dzieci, ich rodzice, dziadkowie. Wierzą, że tata na nie czeka. Na koniec mówią, że go kochają, więc chyba i taka miłość istnieje.

Aniela i Zosia są podopiecznymi Fundacji Dorastaj z Nami od 2014 roku. Ich tata, Krzysztof Staniszewski, był policjantem. Zginął na służbie 8 maja 2007 roku. Aniela miała wtedy dwa lata, a Zosia trzy miesiące.

Rodzice Anieli i Zofii bardzo się kochali. Wcześnie wzięli ślub, byli młodzi, mieli dwie córeczki. Tamtego dnia Patrycja została w domu z dwuletnią Anielką i trzymiesięczną Zosią. Po południu usłyszały syrenę policyjną, przez drogę pędził radiowóz na sygnale. Anielka podbiegła do okna, za nią mama. Kilka sekund później samochód toczył się już po skrzyżowaniu i wpadł na ogrodzenie. Tata Anieli i Zosi zginął na miejscu, 300 metrów od domu. Teraz dziewczyny potrzebują wsparcia w nauce…

PRZECZYTAJ
REPORTAŻ

Takich historii naszych podopiecznych znamy już kilkaset. Każda ściska za gardło. Pomóżmy im wyjść z cienia rodzinnej tragedii.






Zdobądź książkę…



Reportaże pochodzą z albumu „Dorosnąć do śmierci”. Ta książka jest wyjątkowa. I dlatego każdy Członek Misji Zawsze Wierni pomagający darowizną 50 zł miesięcznie otrzyma od nas tę pięknie wydaną i wyjątkową publikację.


192
PODOPIECZNYCH


WIEK
1 – 25 LAT


CAŁA POLSKA