Trudno jest zdecydować, że Twoje życie jest warte tego, aby je postawić na szali. To jest właśnie bohaterstwo. Chcemy pamiętać o bohaterach. Chcemy, aby to co robią było szanowane.



POZNAJ BOHATERÓW

HISTORIA WIRA




„Wir” jest pasjonatem tego, co robi, pomimo zakończonej służby nie zaprzestał działalności i kontynuuje to, co kocha najbardziej – pomaga innym. Będąc w jednostce wyszkolił wielu świetnych peratorów-medyków, którzy do dziś korzystają z jego doświadczenia i wiedzy. Krzysztof Pluta jako pierwszy Polak ukończył mordercze szkolenie medyków piechoty oraz SOCM (Special Operations Combat Medic) 
w Stanach Zjednoczonych.

Konkurs literacki Polski Zbrojnej
„Polski żołnierz – etos i duma”

Krzysztof Pluta „Wir”

Pierwsza nagroda w konkursie
plut. pchor. Artur Chruściel
Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu

W życiu każdego z nas była lub jest osoba, która swoją postawą, zachowaniem oraz przede wszystkim postępowaniem motywuje innych do działania i realizowania zamierzonych celów. W historii naszego kraju można znaleźć wiele znamienitych postaci, które dzięki swojemu heroizmowi i poświęceniu mogą posłużyć za wzór do naśladowania. Kontynuują tradycje i podążają ścieżką dawnych wartości i obyczajów, kultywując je we współczesnym świecie. Do tego zacnego grona zaliczam żołnierza, który jest dla mnie wzorem, a jego działania inspiracją – to Krzysztof Pluta „Wir”.
St. sierż. rez. Krzysztof Pluta to były żołnierz Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Swoją służbę zaczął zaraz po maturze, w 1998 roku. Najpierw został skierowany do Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie, gdzie służył na różnych stanowiskach. Od początku miał konkretny cel – dostać się do lublinieckiej jednostki specjalnej. Zrealizował go w 2000 roku, kiedy zaczął służbę w ówczesnym 1 pułku specjalnym komandosów. Spędził w nim 15 lat ciężkiej, wymagającej służby jako medyk. Na przestrzeni tych kilkunastu lat znajdował się w różnych zakątkach świata, szkoląc się, zdobywając doświadczenia oraz ratując życie. 13 miesięcy w Macedonii, 18 w Iraku oraz 19 w Afganistanie, to nieocenione doświadczenie, ale też rozłąka z rodziną, tęsknota, walka z własnymi słabościami, zmęczeniem.
Krzysztof Pluta został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego oraz zdobył prestiżowe wyróżnienie w postaci Buzdygana (nagroda miesięcznika Polska Zbrojna), dedykując go Halinie Jędrzejewskiej-Dudzik, ps. Sławka, sanitariuszce batalionu AK „Miotła”, uczestniczce Powstania Warszawskiego. Było to świadectwo tego, jak cienka granica jest między historią a współczesnością i jak niewiele trzeba by to, co powinno być zapamiętane, nie odeszło w niepamięć.
„Wir” jest pasjonatem tego, co robi, pomimo zakończonej służby nie zaprzestał działalności i kontynuuje to, co kocha najbardziej – pomaga innym. Będąc w jednostce wyszkolił wielu świetnych operatorów-medyków, którzy do dziś korzystają z jego doświadczenia i wiedzy. Krzysztof Pluta jako pierwszy Polak ukończył mordercze szkolenie medyków piechoty oraz SOCM (Special Operations Combat Medic) w Stanach Zjednoczonych. Łącznie spędził na nim kilkanaście miesięcy, nieustannie doskonaląc nabyte umiejętności. Trudno wybrać spośród akcji, w których brał udział Krzysztof Pluta, tę jedną podkreślającą jego oddanie i hart ducha, gdyż wszystkie wymagały nieustannego poświęcenia i ciężkiej pracy. W trakcie swojej służby latał w zespołach medevac, nieustannie będąc pod „telefonem” przez 24 godziny. W oświadczeniu w sprawie uczestnictwa sierż. Krzysztofa Pluty w akcji ratunkowej w ramach dyżuru medevac (Lubliniec, dn. 21.05.2013 r.) czytamy:
„Tamtego dnia w FOB Warrior US patrol wpadł w kombinowaną zasadzkę z użyciem SAF oraz IED. W wyniku zdarzenia do rannych żołnierzy został wezwany śmigłowiec ewakuacji medycznej. Po przybyciu na miejsce zdarzenia dowódca załogi stwierdził, iż teren nie jest jeszcze w pełni zabezpieczony przez siły koalicyjne, jednakże informacje o sytuacji na ziemi związane ze stanem poszkodowanych spowodowały podjęcie decyzji o lądowaniu w celu udzielenia pomocy. Jak relacjonował to OF-5 Miller w podjęciu takiej decyzji pomogła mu świadomość posiadania na pokładzie medyka, a jednocześnie operatora wojsk specjalnych sierż. Plutę. W chwilę po wylądowaniu śmigłowiec znalazł się pod ogniem przeciwnika, sierż. Krzysztof Pluta najpierw czynnie uczestniczył w neutralizacji strony przeciwnej, a następnie przystąpił do ratowania poszkodowanych.”
Jak widać, nie bez powodu ten właśnie żołnierz jest dla mnie autorytetem i wzorem godnym naśladowania.
Krzysztofa Plutę pod pseudonimem „Wir” poznałem w maju 2016 roku, kiedy uczestniczyłem w organizowanym przez niego kursie Tactical Combat Casuality Care (TC3). Jako podchorąży ukończyłem kurs Combat Lifesaver w Łodzi i od tego momentu tematyka medycyny pola walki kompletnie mnie pochłonęła. Ciągle było mi mało zdobywanej wiedzy, więc szukałem możliwości doskonalenia się w tej dziedzinie. I tak trafiłem na kurs prowadzony przez „Wira”. To były trudne, ale zarazem bardzo aktywne i pouczające trzy dni szkolenia, które uświadomiły mi i innym uczestnikom, jak wiele jeszcze musimy się nauczyć.
„Wir” jest pochłonięty tematyką medycyny pola walki, co daje się zauważyć, gdy tylko poruszy się przy nim ten temat. Może spędzić godziny dyskutując i analizując sytuacje, które nie tylko zdarzyły się na polu walki, ale i w życiu codziennym. Podziwiam w nim to, że łączy stanowczość z wyrozumiałością, skupia się na najmniejszych szczegółach i „nie odpuszcza”. W słowniku tego żołnierza nie istnieje słowo „nie da się” lub „nie dam rady”, a sens tych wypowiedzi dało się odczuć po wielu godzinach ciężkiego szkolenia.
Jest dla mnie wzorem ze względu na wartości jakie przekazuje. Podczas rozmowy z „Wirem” niejednokrotnie dało się zauważyć, jak bardzo kocha swój kraj i to, co robi. Szanowany wśród innych operatorów zarówno ze swojej rodzimej jednostki jak i jednostek specjalnych z całego świata. Jest człowiekiem honorowym i prawdziwym patriotą. Dzięki niemu utwierdziłem się w przekonaniu, jak istotne jest samodoskonalenie się, zwłaszcza w kwestii medycyny pola walki. Postawą, wiedzą, umiejętnościami i życiowymi osiągnięciami zachęca mnie do systematycznego rozwoju, pokonywania własnych słabości i osiągania wyznaczonych celów. Swoją odwagą inspiruje innych żołnierzy, jak i osoby spoza środowiska mundurowego. Jest niezwykle skromny, o czym świadczą jego słowa, że wszystko co robił, miało jeden cel – by inni mogli żyć, bo życie jest wartością nadrzędną.
„Wir” to człowiek z ogromną wiedzą i poczuciem obowiązku. Mimo tego, że zakończył służbę, nadal ją pełni, lecz na innych warunkach, ponieważ służba ojczyźnie oraz innym ludziom trwa całe życie.
Z tego miejsca dziękuję st. sierż. rez. Krzysztofowi Plucie za przekazane wartości i za to, że jego osoba będzie dla przyszłych pokoleń wzorem tego, jaki powinien być polski żołnierz i obywatel naszego kraju.

„Prezentowana publikacja ani żaden jej fragment nie może być powielany lub rozpowszechniany w jakiejkolwiek formie i w żaden sposób bez uprzedniego zezwolenia”

POZNAJ HISTORIĘ
BOHATERA

HISTORIA GEN. SOSABOWSKIEGO





Losy generała stanowią wzór patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Nade wszystko cenił On honor i dumę, które sam reprezentował. Także rzemiosło żołnierskie nie było mu obce – zawsze nienagannie ubrany, zdyscyplinowany, surowy, ale zarazem sprawiedliwy, znający świetnie taktykę, lojalny wobec przełożonych i dbający o podwładnych. Skromny wielki człowiek, który sam powiedział: „Zdobyte serce żołnierza spadochronowego stało się dla mnie najwyższym odznaczeniem. To mój dorobek życia.”

Konkurs literacki Polski Zbrojnej
„Polski żołnierz – etos i duma”

Stanisław Franciszek Sosabowski

Druga nagroda w konkursie
sierż. pchor. Mateusz Walczak
Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu

„Krew żołnierza polskiego i uczczenie pamięci tych, którzy ją przelali i zginęli,
jest obowiązkiem wszystkich Polaków bez względu na przekonania i linie podziału–
obojętnie, gdzie żołnierz polski walczył o Polskę.”

Stanisław Sosabowski

Fabryka silników, hałas ciężkich maszyn produkcyjnych, zgiełk i harmider. Środkiem hali produkcyjnej idzie robotnik magazynowy. Starszy człowiek o wyraźnych rysach twarzy. Ludzie wstają, frontują, oddają honory. Temu, który do końca życia ciężko pracował, by się wyżywić. Z dala od domu, z dala od Ojczyzny, dla której wszystko poświęcił i która była dla niego wszystkim. Do której wrócił dopiero po śmierci.
„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości” – w ten sposób marszałek Józef Piłsudski podkreślił jak ważna jest historia Narodu, z którą każdy obywatel powinien się identyfikować oraz ją szerzyć. Szerzyć Jej osiągnięcia i Jej bohaterów – tych znanych, a może nawet bardziej tych mniej znanych, którzy często poświęcając dobro Ojczyzny ponad własne, popadli
w zapomnienie mimo swoich ogromnych zasług. W tym krótkim tekście zostanie przedstawiona sylwetka jednej z takich osób – gen. bryg. Stanisława Sosabowskiego, który na zawsze pozostał wierny dewizie „Honor i Ojczyzna”.
Sylwetka generała pozostała żywa w sercach osób, które go znały i z nim współpracowały, a zwłaszcza u byłych podwładnych, którzy mówiąc o nim nawet po kilkudziesięciu latach od operacji Arnhemskiej nie kryją wzruszenia. Kapitan Alan Maćkowiak, żołnierz 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (1. SBS) wspominał: „On ze mnie zrobił spadochroniarza, ze mnie zrobił Cichociemnego. Ja oddam życie, jak trzeba będzie jeszcze dzisiaj [za generała Sosabowskiego – przyp. autora]”. Opowiadając o byłym dowódcy roni łzy. Kim zatem musiał być gen. Sosabowski, by tak mocno wryć się w żołnierskie umysły i skraść żołnierskie serca?
Od młodych lat Stanisław Sosabowski zaangażowany był w działalność patriotyczną i niepodległościową, gdzie świetnie spełniał się jako organizator trzymający żelazną dyscyplinę. Efektem jego pracy było objęcie funkcji komendanta hufca w rodzinnym mieście Stanisławowie. W czasie I Wojny Światowej walczył w szeregach armii austriackiej sławiąc się odwagą i walecznością oraz zostając rannym. Po odzyskaniu niepodległości Sosabowski zajmuje się organizacją zaopatrzenia dla armii walczącej przeciw bolszewikom. Po raz kolejny odnajduje się w roli świetnego organizatora. Mimo próśb o przeniesienie na front pozostaje odpowiedzialny za sprawy organizacyjno-administracyjne. W latach 1922-1923 pobiera nauki w Wyższej Szkole Wojennej, skąd trafia na kilka lat do wydziału zaopatrzenia Sztabu Generalnego. Ważnym etapem jego kariery było objęcie dowództwa nad 21. Pułkiem „Dzieci Warszawy”, którym dowodził podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku, czego zwieńczeniem było otrzymanie Orderu Virtuti Militari zarówno przez niego samego, jak i przez Sztandar Pułku. Podczas oblężenia Warszawy dowodził obroną na odcinku „Grochów”, gdzie oprócz pasywnej postawy organizował regularne „nocne wypady” na stanowiska przeciwnika, by spowodować straty, zdobyć zapasy sprzętu i amunicji oraz obniżyć jego morale. Jego działania w tamtym okresie trafnie przedstawia gen. Juliusz Rómmel pisząc „(…) muszę podkreślić bohaterstwo, upór i ofiarność żołnierzy 21 pp pod dowództwem wyśmienitego dowódcy pułku płk dypl. Stanisława Sosabowskiego, który
w najcięższych chwilach kryzysu bitwy w dniach 2 IX do 6 IX utrzymał swój pułk w ręku i razem z dyonem art. 8 pal osłonił odwrót całej dywizji.”
Po krótkiej niewoli Sosabowski ucieka, by zająć się działalnością konspiracyjną i tworzeniem siatek oporu we Lwowie. Stamtąd przedostaje się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii, gdzie z 4. Brygady Kadrowej Strzelców tworzy 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową. Brygadę, która „najkrótszą drogą” miała trafić do Ojczyzny, by ją wyzwolić.
Do brygady ściągali ochotnicy, którzy poddawani byli intensywnemu szkoleniu, po przejściu którego mogli zostać skoczkami spadochronowymi. Mjr Tony Hibbert ówczesny szef sztabu 1 Brytyjskiej Brygady Spadochronowej, jako ekspert szkolenia spadochronowego wypowiadał się w ten sposób na temat szkolenia realizowanego przez Sosabowskiego: „Od 1940 roku byłem zaangażowany w szkolenie spadochroniarzy w Wielkiej Brytanii. W tamtych czasach miałem większe doświadczenie w tej dziedzinie niż ktokolwiek inny. Jednak byłem pod wrażeniem, w jaki sposób Sosabowski prowadzi ćwiczenia. On wiedział znacznie więcej od nas, Anglików. Gdy zakładałem szkołę spadochronową, wykorzystałem wiele jego pomysłów.” Potwierdzeniem jego słów była opinia marszałka Montgomery’ego, który stwierdził podczas wizyty w 1.SBS, że nigdy nie miał do czynienia z tak świetnymi żołnierzami.
Rozwijająca się Brygada wzbudziła tym samym ogromne zainteresowanie władz brytyjskich, które upatrywały w niej kolejną jednostkę, którą będą mogli wykorzystać w swoich planach desantu na kontynent, mimo, że samodzielny jej charakter oraz umowa polsko-brytyjska o państwowym wykorzystaniu Brygady była aktualna.
Ówczesny pułkownik Sosabowski otrzymał w tamtym czasie propozycję od gen. Browninga (dowódcy I Korpusu Powietrznego) objęcia dowództwa nad brytyjsko-polską dywizją spadochronową, na którą się nie zgodził. Wynikało to z faktu, że 1. SBS utraciła by wtedy swój samodzielny charakter i krajowe przeznaczenie. Dla dobra Ojczyzny poświęcił własny prestiż. Od tamtej pory stosunki między Sosabowskim a gen, Browningiem były coraz gorsze. Rozpoczęła się walka o przeznaczenie 1. SBS. Z jednej strony stanął gen. Browning wraz z władzami brytyjskimi, którzy zupełnie nie licząc się z misją brygady i celem jej utworzenia, chcieli ją widzieć wśród swoich sił. Z drugiej zaś „tylko Polak”, który za wszelką cenę chciał wypełnić słowa gen. Sikorskiego wypowiedziane do żołnierzy Brygady: „Gdy przyjdzie chwila, jak orły zwycięskie spadniecie na wroga i przyczynicie się pierwsi do wyzwolenia Naszej Ojczyzny.”
Taki był cel generała – stworzyć polską jednostkę, której wyszkolenie, wyposażenie, morale oraz hart ducha żołnierzy, użyte w odpowiedniej chwili przyczynią się do wyzwolenia Ojczyzny spod okupacji. W to wierzył. I to wpoił swoim podwładnym. Żołnierze wierzyli „Staremu”, że ich ciężki trening i mordercze szkolenie nie pójdzie na marne. Wierzyli, że Razem skoczą do stolicy i ją oswobodzą, że przyniosą chlubę Znakowi Spadochronowemu, który dumnie nosili na piersiach i nowemu rodzajowi broni w Wojsku Polskim, że wreszcie uwolnią Ojczyznę i Naród spod buta okupanta.
Jakież wielkie rozczarowanie musieli przeżyć, gdy dowiedzieli się, że nie polecą do stolicy, ale do Holandii… Do Holandii, by wziąć udział w największej operacji powietrzno-desantowej aliantów, znanej jako operacja „Market-Garden”. Był to skutek przegrania, bodaj jedynej, a jakże ważnej bitwy gen. Sosabowskiego o przeznaczenie Brygady. Niestety zdecydowały czynniki polityczne, które były ponad nim.
Literatura dotycząca bitwy jest obszerna, więc nie zostanie ona tutaj omówiona. Ważne jest, że generał wraz ze swoimi żołnierzami zapisali chlubną kartę w jakże bogatej historii żołnierza polskiego.
Przykrym natomiast jest fakt, że Polakom z gen. Sosabowskim na czele odebrano wszelką wiarę w powrót do Ojczyzny i nadano kłam ich dokonaniom pod Arnhem. Finałem tej sytuacji było zdjęcie generała ze stanowiska dowódcy 1. SBS ze względu na domniemane trudności w kontaktach z nim oraz postawie Brygady podczas bitwy (marszałek Montgomery stwierdził w liście z 14.10.1944 r., że Brygada walczyła bardzo źle. Ciekawym jest, że w liście z 4.10.1944 r., czyli 10 dni wcześniej pisał, że Polacy walczyli bardzo dzielnie). Najlepszym podsumowaniem tej sytuacji będą słowa mjr Tony’ego Hibberta wypowiedziane kilkadziesiąt lat później: „Czuję wstyd, podobnie z resztą jak inni weterani 1. Brygady Spadochronowej [Brytyjskiej – przyp. autora] i zabiorę ten wstyd ze sobą do grobu. Wstyd, że znakomity dowódca został niesłusznie odwołany.”
Generał, jako lojalny żołnierz poddał się rozkazowi Wodza Naczelnego i rozkazał żołnierzom, aby się nie buntowali z tego powodu, ale jednocześnie prosił o zbadanie sprawy zarówno przez gen. Kopańskiego, jego następcę, jak i samego Prezydenta Rzeczypospolitej. Mimo długich starań i obietnic sprawa zarzutów Brytyjczyków nigdy nie została zbadana przez władze polskie.
Po wojnie generał walczył o swoje dobre imię oraz przede wszystkim o imię Brygady. Napisał wiele artykułów, książek i relacji radiowych. Po ciężkiej pracy spotykał się z kombatantami. Propagował losy Brygady. Nie otrzymał jednak za życia żadnej satysfakcji służbowej. Zmarł na obczyźnie, a jego prochy zgodnie z życzeniem pochowano w Ojczyźnie.
Losy generała stanowią wzór patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Nade wszystko cenił On honor i dumę, które sam reprezentował. Także rzemiosło żołnierskie nie było mu obce – zawsze nienagannie ubrany, zdyscyplinowany, surowy, ale zarazem sprawiedliwy, znający świetnie taktykę, lojalny wobec przełożonych i dbający o podwładnych. Skromny wielki człowiek, który sam powiedział: „Zdobyte serce żołnierza spadochronowego stało się dla mnie najwyższym odznaczeniem. To mój dorobek życia.” Łzy żołnierzy go wspominających to potwierdzają.
Większość Holendrów wie, kim jest gen. Sosabowski, a czy Ty czytelniku wiedziałeś o Nim wcześniej?
Naszym obowiązkiem jest przywrócenie pamięci o wspaniałym dowódcy i gorliwym patriocie generale Stanisławie Sosabowskim oraz o losach polskiej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Niech zajmą należne im miejsce w historii oraz umyśle i sercu Polaka.

„Prezentowana publikacja ani żaden jej fragment nie może być powielany lub rozpowszechniany w jakiejkolwiek formie i w żaden sposób bez uprzedniego zezwolenia”

POZNAJ HISTORIĘ
BOHATERA

HISTORIA GEN.
BROCHWICZ-LEWIŃSKIEGO (GRYF)





Co znaczy „Gryf”? Ten mityczny stwór jest symbolem waleczności, charakteru, umiejętności poradzenia sobie w każdej, nawet krytycznej, wydawałoby się bezwyjściowej sytuacji. Taki właśnie jest gen. Janusz Brochwicz Lewiński, w żołnierskiej gwarze to po prostu „hardy gość”, o nieprzeciętnej inteligencji, z wrodzonym darem umiejętności dowodzenia ludźmi. Ciężko znaleźć na ulicach kawalerów orderu Virtutti Militari, a samo posiadanie takiego krzyża mówi o czynach jakich dokonał człowiek, który dostąpił zaszczytu noszenia go. Dla mnie, młodego podchorążego, gen. „Gryf” pozostanie na zawsze niedoścignionym wzorem cnót rycerskich i żywym przykładem tego co znaczy etos i duma polskiego żołnierza.

Konkurs literacki Polski Zbrojnej
„Polski żołnierz – etos i duma”

Janusz Brochwicz Lewiński „Gryf”

Trzecia nagroda w konkursie
st. mar. pchor. Szymon Rębisz
Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni

Jako postać, którą chciałbym opisać i która budzi mój ogromny podziw, nieprzypadkowo wybrałem gen. Gryfa. Niedawno odznaczony przez Prezydenta Krzyżem Wielkim Orderdu Odrodzenia Polski, w tak ważny dla naszej niepodległości dzień jak 11 listopada, legendarny obrońca Pałacyku Michla, z pewnością na wiele lat pozostanie niedoścignionym wzorem dla nas żołnierzy. Wzorem tego jakimi wartościami w życiu należy się kierować i jakim człowiekiem być tak podczas służby, jak i poza nią.
Generał Janusz Brochwicz Lewiński wywodzi się z rodziny o tradycjach wojskowych, jego Ojciec był oficerem rezerwy i z pewnością to on zaszczepił w młodym człowieku patriotyzm, który wiódł go przez resztę życia. Jak sam „Gryf” mówi, czas, w którym się urodził nie należał do spokojnych, był to bowiem okres wojny między Polską, a Związkiem Radzieckim.
Przez okres całej młodości „Gryf” interesował się wojskiem, ukończył liceum w Wołkowysku i w 1938 r. rozpoczął służbę w charakterze podchorążego. Podczas kampanii wrześniowej „Gryf” walczył w stopniu kaprala podchorążego, 18 września, dzień po agresji ZSRR na Polskę trafił do niewoli, by po niedługim czasie wykazać się błyskotliwym umysłem i niebywałą inteligencją, bowiem udało mu się z tej niewoli samowolnie wydostać.
Swoją walkę w podziemnej Polsce rozpoczął od wstąpienia do Związku Walki Zbrojnej. Pełnił tam funkcje wywiadowcze pozyskując podczas pracy w administracji cenne informacje dla polskich władz. Czynne akcje z bronią w ręku stały się domeną „Gryfa”, wśród Niemców cieszył się On sławą wielce szlachetnego człowieka, bowiem pojmanych jeńców puszczał wolno, zabierając im to co dla niego i jego pododdziału było najcenniejsze. W styczniu 1944 roku przeniósł się do legendarnego batalionu AK „Parasol” i to z tym batalionem właśnie kojarzymy jego los.
Powstanie Warszawskie było niewyobrażalnym piekłem, ciężko jest z perspektywy młodego człowieka, wychowanego w czasie pokoju, który wypracowali nam przodkowie, wcielić się w rolę tych, którzy chwytali za broń w imię swojej i naszej wolności. Nie sposób ocenić bohaterstwo tych młodych ludzi, którzy świadomie, bądź nie rzucali się pod gradobicie kul i rzadko dla nich te nierówne boje kończyły się zwycięsko. 63 dni chwały, tak często mówi się na ten okres. 5 lat nazistwoskiej udręki, prześladowań, tortur na Pawiaku i w odwecie tylko 63 dni wolnej krwawiącej Warszawy. Bataliony takie jak Zośka czy Parasol, stanowią protoplastę współczesnej dumy polskiej armii i trudno się dziwić, że to takie imiona komandosi z Lublińca obierają sobie za swoich patronów. Podczas tego najkrwawszego z najkrwawszych zrywów niepodległościowych, żywe wciąż było ryceskie hasło: „Bóg, Honor, Ojczyzna” a „Gryf” pokazał co to znaczy w rzeczywistości broniąc Pałacyku Michla przed niecierającymi falami niemieckich wojsk. Jakiej wymagało to haryzmy, determinacji i poświęcenia nie sposób ocenić. Czyn, którego dokonał wtedy Janusz Brochwicz Lewiński pozostanie w naszej pamięci na długie lata i myślę, że przez następne pokolenia będzie wspominany na lekcjach historii. Podczas całego Powstania Warszawskiego gen. Gryf odznaczył się niespotykanym bohaterstwem, dowodem na to może być uszczerbek na jego zdrowiu, którego doznał w trakcie bojów na ewangelickim cmentarzu, gdzie kula typu „dum dum” rozerwała mu szczękę i przyprawiła bohatera o śmierć kliniczną. Na całe szczęście udało mu się przeżyć, lecz nie był On już w stanie kontynuować walki w Powstaniu.
Generał Gryf musiał uciekać z Polski, tacy ludzie jak On byli zagrożeniem dla stalinowskiej władzy, i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Resztę służby spędził u boku brytyjskiej królowej, nigdy nie zapominając o swojej Ojczyźnie, do której ostatecznie udało mu się wrócić.
Co znaczy „Gryf”? Ten mityczny stwór jest symbolem waleczności, charakteru, umiejętności poradzenia sobie w każdej, nawet krytycznej, wydawałoby się bezwyjściowej sytuacji. Taki właśnie jest gen. Janusz Brochwicz Lewiński, w żołnierskiej gwarze to po prostu „hardy gość”, o nieprzeciętnej inteligencji, z wrodzonym darem umiejętności dowodzenia ludźmi. Ciężko znaleźć na ulicach kawalerów orderu Virtutti Militari, a samo posiadanie takiego krzyża mówi o czynach jakich dokonał człowiek, który dostąpił zaszczytu noszenia go. Dla mnie, młodego podchorążego, gen. „Gryf” pozostanie na zawsze niedoścignionym wzorem cnót rycerskich i żywym przykładem tego co znaczy etos i duma polskiego żołnierza.

„Prezentowana publikacja ani żaden jej fragment nie może być powielany lub rozpowszechniany w jakiejkolwiek formie i w żaden sposób bez uprzedniego zezwolenia”

POZNAJ HISTORIĘ
BOHATERA

Chcesz podzielić się z nami 
swoją historią?
Chcesz, abyśmy opowiedzieli 
historię bohatera, którego znasz?
napisz do nas!


Stanisław Ekiert

Ekspert ds. 

służb mundurowych

s.ekiert@dorastajznami.org
602 767 879



Zapisz

Zapisz